Three Days Grace będą jedną z głównych gwiazd pierwszej edycji Summer Punch Festival. Na przestrzeni prawie trzydziestu lat kariery stali się jednym z najpopularniejszych zespołów pochodzących z Kanady, a basista i współzałożyciel grupy, Brad Walst, porozmawiał z nami o nowej płycie, drodze na szczyt i małomiasteczkowości.
Jaki był twój ulubiony przedmiot w szkole średniej?
Brad Walst: (śmiech) Dobre pytanie na początek. Była to plastyka. Uwielbiałem te zajęcia. Miałem z tego przedmiotu bardzo dobrego nauczyciela, pana Brewera. I sam tworzyłem całkiem fajne rzeczy na lekcjach.
Pytam, ponieważ chciałbym usłyszeć jak wyglądały wasze pierwsze kroki jako zespół, gdy nazywaliście się jeszcze Groundswell?
To było, gdy Adam (Gontier, wokalista zespołu – red.) przeprowadził się do mojego miasta i poznaliśmy się przez baseball. On dołączył do mojej drużyny i od tamtej chwili nieprzerwanie jesteśmy przyjaciółmi. Na początku graliśmy z okazji różnego rodzaju okazji w szkole. Potem poznaliśmy Neila (Sandersona, perkusistę – red.), który chodził do innego liceum. Pod koniec szkoły częściej opuszczaliśmy lekcje niż na nie chodziliśmy. Ale szczęśliwie wszystkim nam udało się ją ukończyć (śmiech).
W Three Days Grace jesteś basistą. Czy to twój pierwszy instrument?
Tak. Kiedy poznałem Adama, jednym z pierwszych pytań, jakie mi zadał było czy palę papierosy. Powiedziałem, że nie. Zaraz potem zapytał czy gram na gitarze. Również zaprzeczyłem. A on zasugerował, że powinienem sprawić sobie gitarę basową. Więc na Boże Narodzenie tamtego roku poprosiłem rodziców o ten instrument. Miałem wtedy 15 lat.
Miałeś jakiegoś nauczyciela? Czy jesteś samoukiem?
Uczyłem się ze słuchu. Jestem trochę starszy od ciebie i za moich czasów mieliśmy kasety magnetofonowe i nagrywaliśmy programy radiowe. Jedną z moich ulubionych była audycja o nazwie „The Alternative Route”. Nagrywaliśmy piosenki z niej, a potem uczyliśmy się ich samodzielnie. Nigdy nie brałem żadnej lekcji gry na instrumencie.
Chcę cię zapytać o wasz najnowszy album, „Alienation”. W mojej opinii to bardzo smutny album poruszający regres relacji międzyludzkich.
Alienacja to bardzo przygnębiające zjawisko. Jesteśmy dosyć dobrymi obserwatorami otaczającej nas rzeczywistości i w naszych piosenkach poruszamy tematy z którymi mierzymy się osobiście, z którymi mierzą się nasze rodziny i przyjaciele. Na nowej płycie jest sporo utworów o stracie, ale też o nadziei, bo w trudnych czasach potrzebna jest nadzieja. Czuję, że to coś w rodzaju terapii, aby uwolnić się od tego co nam doskwiera.
W 2024 roku Adam ponownie dołączył do Three Days Grace. Jak wyglądały okoliczności jego powrotu.
To było niesamowite, stary. Jak mówiłem wcześniej, jesteśmy przyjaciółmi odkąd mieliśmy 15 lat, więc bardzo się cieszę, że ponownie jest z nami. Myślę, że przez ostatnie lata wszyscy bardzo dojrzeliśmy i zrobiliśmy rzeczy, które musieliśmy zrobić. W zespole panuje świetna atmosfera i wszyscy świetnie się tym bawimy.
Domyślam się, że jako przyjaciele, mieliście ze sobą cały czas kontakt?
Tak, oczywiście. Cały czas życzyłem mu jak najlepiej. Podczas pandemii Covid spotkaliśmy się przy kawie i rzuciłem: „Ciekawe, co by było, gdybyś wrócił”. I tak narodził się ten pomysł. Kilka lat później postanowiliśmy spotkać się u Barry’ego, naszego gitarzysty. Tak zaczęliśmy pisać nową muzykę. Od pierwszego dnia była między nami świetna chemia.
Dowiedzieliście się czegoś nowego o sobie?
Jak najbardziej. Najcenniejszą lekcją, którą z tego wynieśliśmy jest to, że czas jest bardzo cenny i warto trzymać się obok ludzi, których kochasz i cieszyć się tym.
Jak wygląda proces twórczy w Three Days Grace? Tworzycie razem, czy raczej opracowujecie pomysły indywidualnie?
W pewnym sensie robimy jedno i drugie. Trudno nam pisać w trasie, bo za dużo się dzieje. Teraz, jak widzisz, siedzę w szatni hokejowej i nie jest to zbyt inspirujące (śmiech) (W dniu wywiadu Three Days Grace grali w Halifax w Kanadzie – red.). W trasie zbieramy pomysły, po czym wspólnie je omawiamy. Album „Alienation” stworzyliśmy w trakcie Covid-u pracując na Zoomie. To nie jest dobry sposób, bo nie można wyczuć energii innych członków zespołu. Dlatego teraz przy tworzeniu jesteśmy wszyscy w jednym pomieszczeniu. Zazwyczaj na początku powstaje muzyka, a następnie tekst. Ale czasem ktoś przyjdzie ze świetnym tytułem lub fragmentem tekstu i łączymy to z muzyką. Nie mamy jednego trybu pracy.
Czy masz w pamięci jakiś wyjątkowy moment w karierze Three Days Grace?
Jest ich całkiem sporo. Jednym z ostatnich momentów jest zdobycie pamiątkowej tabliczki od Spotify za miliard odtworzeń utworu „I Hate Everything About You”. Tak samo pamiętam moment, gdy usłyszałem ten utwór po raz pierwszy. Jechałem samochodem i aż musiałem się zatrzymać na poboczu, bo byłem tak podekscytowany. Kolejnym momentem jest chociażby dotarcie utworu „Painkiller” na szczyt listy przebojów. Tych momentów jest naprawdę sporo i moglibyśmy jeszcze spędzić dużo czasu na rozmowie nich. Najfajniejsze jest to, że nasza kariera jest bardzo różnorodna.
Three Days Grace powstało w małym miasteczku w Kanadzie, w Norwood. Jak dużym wyzwaniem było dla was przebicie się do większego świata?
Było bardzo ciężko. W Norwood nie ma zbyt wiele do roboty. Można imprezowa było uprawiać sport, imprezować albo grać muzykę. My wybraliśmy to ostatnie. Na szczęście, jakieś 30 kilometrów od Norwood było Peterborough, większe miasto i miało kilka barów, w których można było grać. Więc tam zaczęliśmy. A potem postanowiliśmy przenieść się do Toronto, które oczywiście jest dużym miastem. Wynajęliśmy mieszkanie i po prostu graliśmy cały czas, gdzie tylko mogliśmy, na otwartych jam session, gdziekolwiek. I w końcu spotkaliśmy odpowiednich ludzi we właściwym czasie. Wiesz, to zabawne, jak działa przemysł muzyczny, bo jest tak wielu utalentowanych zespołów i muzyków, którzy nigdy nie mają szansy. My dużo pracowaliśmy i mieliśmy trochę szczęścia. Ale na początku naprawdę nie było łatwo. Pierwszy kontrakt płytowy podpisaliśmy dopiero w 2002 roku, więc to daje prawie dziesięć lat, zanim zdobyliśmy jakiekolwiek uznanie.
Czy uważasz, że ludzie z małych miejscowości muszą pracować ciężej na swój sukces? Ciężej niż ludzie z dużych miast, takich jak Montreal czy Toronto?
Trudne pytanie. Dziś, gdy mamy Internet, jest o wiele więcej możliwości. My rozdawaliśmy kasety demo, chodziliśmy po barach, aby zorganizować koncert. Nie było to łatwe zajęcie, a co dopiero pojechanie w trasę. Na pewno jest inaczej.
Czujecie się ambasadorami Kanady na świecie?
Jasne. To zabawne, że pomimo bycia obywatelami tego kraju ludzie w różnych częściach świata myślą, że jesteśmy Amerykanami. Niewiele zespołów z Kanady odniosło sukces na świecie. Jesteśmy bardzo dumni z bycia Kanadyjczykami i myślę, że dobrze ją reprezentujemy.
W tym roku, w czerwcu, zagracie w Polsce na Summer Punch Festival w Warszawie. Macie jakieś wspomnienia z grania w Polsce?
Zdecydowanie, tak, kochamy Polskę, są tam wspaniali fani, stary, tak, pamiętam, jak pierwszy raz przyjechaliśmy do Polski, to był mały klub (był to koncert w klubie Progresja, w styczniu 2016 roku – red.). Pamiętam, że fani byli bardzo zaangażowani, czekali na zewnątrz i dawali nam prezenty. Zawsze jest wspaniale do was przyjeżdżać, macie również pyszne jedzenie, więc bardzo cieszymy się na ten powrót.
Czy zatem chcesz coś powiedzieć polskim fanom przed koncertem?
Chciałbym po prostu podziękować. Uwielbiamy przyjeżdżać do Europy, zwłaszcza do Europy Wschodniej, są tam niektórzy z naszych najlepszych fanów, więc tak, jeśli możecie przyjechać na festiwal, serdecznie zapraszamy. Będzie świetna zabawa.








