Smash Into Pieces to szwedzka grupa łącząca w swojej muzyce gitarowe riffy z elektroniką. Na przestrzeni lat zespół zdobył dużą popularność na całym świecie, a już wkrótce grupa zagra na Summer Punch Festival w Warszawie. O rozwoju muzycznym, eliminacjach do Eurowizji i twórczych inspiracjach opowiedział nam założyciel i gitarzysta grupy, Benjamin Jennebo.
Jak zaczęliście grać pod nazwą „Smash Into Pieces”?
Benjamin: Kiedy byłem młodszy, miałem wiele zespołów. Zawsze chciałem grać, rozwijać się na instrumencie i pisać muzykę. Zacząłem robić to z paroma osobami, ale po czasie zrezygnowały. Ja nie miałem zamiaru się poddać i chciałem zrobić kolejny krok. Wymyśliłem nazwę Smash Into Pieces i zacząłem tworzyć utwory w wersjach demo. Potem szukałem muzyków, którzy chcieliby do mnie dołączyć. Chciałem ludzi z taką samą pasją i umiejętnościami jak ja. Na ćwiczenia gry na gitarze poświęcałem nawet dwanaście godzin dziennie. Przez resztę czasu tworzyłem piosenki. Skompletowanie składu zajęło mi jakieś trzy lata. Najtrudniej było znaleźć wokalistę. Chodziłem po wszystkich sklepach muzycznych i szkołach w okolicy, gdzie zostawiałem ogłoszenia. Tak trafiłem na Chrisa Adama, który uczył się w tym samym miejscu co ja. Dałem mu płytę z moją muzyką i powiedziałem, że powinien dołączyć do mojego zespołu. Tak powstało Smash Into Pieces.
Wasza muzyka to połączenie ciężkich riffów i nowoczesnej elektroniki. Jak w waszym przypadku wygląda proces twórczy i łączenie tych różnych stylów muzycznych?
Benjamin: Uwielbiam melodie. Melodie są najbliższe czemuś magicznemu, co jest o wiele większe od nas, ludzi. To jak promień lasera. Zawsze zaczynam od melodii i wokół niej obudowuję resztę. Mój proces twórczy to często długie spacery, słuchanie wszystkiego, co mogę znaleźć. Mogę słuchać Paganiniego, mogę słuchać One Republic, mogę słuchać innych rzeczy. Jestem po prostu bardzo ciekawy i zainteresowany światem. I to jest moje ujście dla wszystkiego, co się na nim dzieje.
Promujecie obecnie nowy album, „Armaheaven”. Czy to również część historii dziejącej się w wykreowanym przez was świecie Arkadii, czy zupełnie coś innego?
Benjamin: Tak, to kolejny krok w historii Arcadii. To świat z którego pochodzi APOC (to zamaskowany perkusista i DJ zespołu. Stanowi on centralny punkt futurystycznego wizerunku grupy i jest traktowany jako postać o cechach superbohatera, red.). A APOC jest w Arcadii i widzi, jak ludzie są kontrolowani przez system informacyjny. Wszyscy patrzą w tym samym kierunku, wszyscy myślą tak samo, wszyscy robią to samo. Wszyscy są częścią systemu. A APOC chce, żeby ludzie myśleli samodzielnie, mogli być kreatywni, ponieważ kreatywny umysł musi wyrwać się z rutyny. Nowy album porusza też tematy naszego świata. Mamy piękną planetę, mamy trawę, zieleń, jedzenie, wszystko. Ale w jakiś sposób zamieniamy to niebo w ogień. Ludzie nie mogą żyć w pokoju. Jesteśmy przeciwieństwem pokoju. Tworzymy wojny w naszych umysłach. Nie potrafimy nawet żyć w naszych własnych umysłach. Każdy toczy wojnę. Ale jej nie potrzebujemy. Moglibyśmy żyć w pokoju. Ale nie urodziliśmy się, by żyć w pokoju. To nasze zgłębienie ludzkiej psychiki.
Zgadzam się z tym, co powiedziałeś o ludzkości. Mamy piękną planetę i ją niszczymy.
Benjamin: Dokładnie. Nie doceniamy samych siebie. Jesteśmy zdrowi, mamy bliskich. Mamy wiele rzeczy, za które możemy być wdzięczni, ale nigdy nie będziemy.
W styczniu wydaliście utwór „Somebody Like You” nagraną razem z Within Temptation. Jak doszło do waszej współpracy?
Ja, Adam i Andreas Wretholm napisaliśmy tę piosenkę pięć lat temu. Czuliśmy, że to coś wyjątkowego, ale wtedy nie pasowało do Smash Into Pieces. Było zbyt słodkie. Ale po kilku latach zaczęliśmy współpracować z Danielem Gibsonem, producentem With Intemptation. Wysłaliśmy ten utwór do Within Temptation i byli nim zachwyceni. Jestem naprawdę dumny z tego utworu, bo refren do niego napisałem w dziesięć sekund.
Przed naszą rozmową słuchałem waszej muzyki i przyznam, że jednym z moich ulubionych utworów jest „Six Feet Under”. Słyszę w nim wpływy Linkin Park. Czy to dobry trop?
Oczywiście, Linkin Park bardzo nas inspiruje.
Braliście też udział w eliminacjach do Konkursie Piosenki Eurowizji. Jak wspominasz ten moment?
Ogólnie rzecz biorąc braliśmy udział w eliminacjach trzy razy. Pierwszy raz był dla nas wejściem w totalnie nowy świat. Następnym razem, gdy wystartowaliśmy z utworem „Heroes Are Calling” już wiedzieliśmy z czym to się je. Zajęliśmy wtedy trzecie miejsce. W tym roku zaprezentowaliśmy utwór „Hollow” i finalnie zajęliśmy czwarte miejsce w wielkim finale. Jeśli będzie nam dane wziąć udział czwarty raz, to zrobimy jeszcze większy hit.
Czy uważasz, że Eurowizja będzie w przyszłości bardziej otwarta na zespoły rockowe i metalowe?
Do tej pory pojawiło się kilka wyjątkowych zespołów grających szeroko pojęty rock. Mam tu na myśli chociażby Måneskin i Lordi. Chciałbym, żeby przede wszystkim było tam więcej zespołów. Pojedynczy solowy artysta jest dla mnie trochę jak produkt. Uwielbiam to, jak zespoły w pewnym sensie zmagają się z nauką gry na instrumentach, ze składaniem piosenek, ze spotykaniem się, ze budowaniem tej bazy fanów. Chciałbym, żeby współpraca w zespołach znów stała się czymś naturalnym. Chodzi mi o sięgnięcie do korzeni muzyki.
Za dwa lata przypadnie wasze dwudziestolecie. Planujecie je w jakiś sposób świętować?
W zasadzie nigdy niczego nie świętowaliśmy w zespole. Nie patrzymy w przeszłość i cały czas planujemy kolejne kroki. Myślę, że dniem, który będziemy świętować będzie zwieńczeniem kariery zespołu. Gdy uznamy, że nie wejdziemy już na kolejny szczyt i będziemy mogli spojrzeć wstecz. Nie oglądamy się za siebie









