Decapitated: Muzyka metalowa zawsze była muzyką buntowników #wywiad

Elita polskiego metalu, uznana marka na świecie. Na swoim najnowszym albumie Decapitated konsekwentnie idą po swoje, krocząc ścieżką, na którą weszli wraz z wydaniem „Carnival Is Forever” i „Blood Mantra”. O treści i brzmieniu „Anticult”, dojrzałości, nieustających podróżach oraz cieniach i blaskach bycia w trasie w wywiadzie przeprowadzonym podczas tegorocznego Jarocin Festiwalu opowiadają nam Rasta i Vogg z Decapitated.

Biorąc pod uwagę tradycję Jarocina, wydaje się, że to świetne miejsce na premierę waszego nowego materiału. „Anticult” to czysta rebelia. Mam rację?

Vogg: Myślę, że tak. Na kilku festiwalach graliśmy już jeden numer z „Anticult”, pierwszy singiel z płyty, utwór „Never”. Dziś po raz pierwszy zaprezentujemy 3 nowe utwory, można więc uznać, że to prapremiera. Cieszę się, że dojdzie do tego akurat tu, w Jarocinie.

Tytuł płyty nie pozostawia wątpliwości. W jaki kult wymierzony jest ten album – w kult czego?

Rasta: Ten tytuł jest trochę abstrakcyjny, ale rzeczywiście, jest to wyraz buntu. Muzyka rockowa, metalowa zawsze była muzyką buntowników i myślę, że „Anticult” dość jednoznacznie to wyraża. Album opowiada o poszukiwaniu wolności, o poszukiwaniu samego siebie, o tym, że zawsze musisz zastanowić się nad tym, jaki będzie efekt twoich poczynań, ponieważ istnieje związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy tym, co robisz, a tym, co dostajesz w zamian. To kontynuacja naszych poprzednich płyt, kontynuacja tego, co znajdziesz na „Blood Mantra” i „Carnival Is Forever”. Oczywiście jest to na pewno album bardziej dojrzały. Jest buntowniczy, ale jednocześnie skłania odbiorcę do myślenia, do zastanowienia się nad własnymi wyborami. Zmusza do refleksji: „Czy jeżeli wzniecę iskrę, nie spowoduje ona ognia, który spali zbyt wiele?”.

W utworze otwierającym „Anticult” padają słowa: „Perfection was just the beginning”. Idealnie pasują mi one do warstwy muzycznej tego materiału. To coś więcej niż deathmetalowa wirtuozeria, z którą jesteście kojarzeni. To raczej bezceremonialny, organiczny groove.

Vogg: Sugerujesz, że perfekcja jest tylko na początku płyty, a później jest już coraz gorzej? (śmiech)

Nie to chciałem powiedzieć.

Rasta: Wiesz, to słowa metaforyczne, pojawiły się w innym kontekście, ale jeżeli tak to czujesz, zgadzamy się.

Zapytam inaczej. Czy uważacie, że wasi fani mogą czuć się zaskoczeni tym materiałem?

Vogg: Mam nadzieję, że tak właśnie się czują.

Bo?

Vogg: Bo na tym to polega, żeby zaskakiwać, żeby nie wkradała się w to wszystko nuda, jakaś rutyna. Lubię zaskakiwać – w numerach, w riffach. Komponując, zawsze szukam świeżego powietrza, czegoś innego. Staram się unikać monotonii.

Co w przypadku „Anticult” jest tym świeżym powietrzem?

Vogg: Większa dojrzałość muzyczna, lepsze aranże, lepsze brzmienie, zajebista produkcja…

Rasta: I zgranie. Gramy już trochę w tym składzie, mamy jakiś staż. Każdy z nas się rozwinął. To też procentuje.

Vogg: Tak, dużo jeździmy, dużo koncertujemy i cały czas się rozwijamy. Myślę, że słychać to na „Anticult”. Jest większy konkret. Te numery to strzał między oczy. „Blood Mantra” była bardziej rozmyta, mniej wyrazista. Był to również mocny album, ale mam wrażenie, że „Anticult” to jednak lepszy materiał, dojrzalszy.

Na ile przyczynił się do tego Daniel Bergstrand? Ostatnio miałem okazję rozmawiać z zespołem, który dopiero co wrócił z jego studia w Uppsala. Bardzo go chwalili.

Vogg: Daniel miał ogromny wpływ na brzmienie. Najpierw przyjechał do studia zrealizować bębny, ustawić je i przygotować mikrofony, a później zmiksował całą płytę. Zrobił to w bardzo dobry sposób. Jest świetnym inżynierem; zrobił świetny miks. To była dobra decyzja. Zainwestowaliśmy w to czas, pieniądze i dużo pracy, ale są efekty. Dużo ludzi jara się tą produkcją. Taki był cel: sprawić, by album był dopracowany pod każdym względem, także pod względem ludzi, którzy przy nim pracowali.

Rasta: Wiedzieliśmy, że Daniel jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Pracowaliśmy z nim przy „Carnival Is Forever”. Byliśmy bardzo zadowoleni z tego, co zrobił. Tak jak przypuszczaliśmy, jeszcze się rozwinął. Zrobił świetną robotę. Jakość tego miksu jest bardzo, bardzo dobra.

Próbowałem doszukać się na „Anticult” akordeonu, który pojawił się na waszym poprzednim albumie. Bezskutecznie.

Vogg: Zgadza się, nie ma na tej płycie akordeonu. Był na „Blood Mantra”, ale wtedy to wyszło bardzo spontanicznie. Wziąłem do studia akordeon, żeby trochę pograć do naszych kawałków. Bracia Wiesławscy to nagrali, zmiksowali, powybierali fragmenty, które pasowały, i wpletli w numery z „Mantry”. To były moje improwizacje, partie grane do poszczególnych riffów. Posłużyły za tło. Tym razem nie stosowaliśmy żadnych takich…

Rasta: Jak nie?! W spektakularnym momencie pojawia się pianino, tzn. fortepian.

Vogg: No tak. Nagraliśmy fortepian, ale to tylko kilkusekundowa partia. Innych zaskakujących instrumentów nie ma.

Gdzie był nagrywany teledysk do „Earth Scar”?

Rasta: Uuu, daleko.

Vogg: Jakąś godzinę drogi na południe od Wrocławia. Co to było?

Rasta: Kopalnia odkrywkowa, ale nie pamiętam gdzie.

Vogg: Ja właśnie też nie pamiętam.

Jakie to było uczucie grać w takim miejscu? Ja bym się bał tak stać nad przepaścią.

Rasta: Bębniarz miał najgorzej, był najbliżej krawędzi. (śmiech)

Vogg: Rzeczywiście to mogło się w każdej chwili osunąć. Spychacz zrobił tę skarpę. Kręciliśmy tam te ujęcia. Miejsce na gitary zrobili dość strome, ale wszystko było pod kontrolą. Nikt nie ucierpiał.

Skoro już jesteśmy przy „Earth Scar”, w tekście padają słowa: „Resident of everywhere in a residence of today”. Czy artysta rockowo-metalowy może mówić o własnym miejscu – i czy wy takie miejsce już znaleźliście?

Rasta: Ten tekst w metaforyczny sposób opowiada o naszych podróżach, trasach, o naszym trybie życia. „Resident of everywhere in a residence of today” – to naprawdę tak wygląda. Codziennie jesteś w innym miejscu, przemieszczasz się z miejsca na miejsce i liczy się tylko dziś, tu i teraz. Ale mamy też oczywiście własne domy, własne przystanie, do których zawsze wracamy.

Vogg: Własne fury, własne baseny. (śmiech)

Rasta: I własne delfiny. (śmiech) No ale tak jest. Taki mamy styl życia.

Vogg: Ja to się już nawet nie rozpakowuję.

Rasta: Żyjemy w czołgu, który możesz zobaczyć. O, tam stoi zaparkowany! (wskazuje na dużego, białego busa – red.)

Vogg: Jest tak, jak widzisz. Jeździmy tym czołgiem i słuchamy metalu.

A na ile po tych wszystkich latach na scenie czujecie się związani z subkulturą metalową?

Vogg: Jesteśmy z nią związani od małego.

I nic w was nie gaśnie?

Vogg: Nie, raczej nie.

Rasta: Dalej słuchamy metalu. Poza tym robimy to, co lubimy, więc chyba wszystko jest w porządku.

Vogg: Ja się czuję tak, jakbym miał 15 lat, a mam 35. To nie jest tak, że katuję metal non stop, że mam go cały czas na słuchawach. Pewnie trochę się zmieniło. Za dzieciaka to było moje odkrycie życia, metal był najważniejszy na świecie. Wiesz, plakaty na ścianach i te sprawy. Teraz już nie mam plakatów na ścianach i przede wszystkim wiodę trochę inne życie. No ale metal cały czas płynie w moich żyłach, uwielbiam go grać i uwielbiam ten sound. Tak, chyba cały czas jestem metalem. Może nawet większym niż mi się wydaje.

Sporo ludzi czeka na wasze koncerty. Gdzie i kiedy będzie można was zobaczyć?

Rasta: Dzisiaj gramy Jarocin. Dalej mamy 3 festiwale: Bloodstock Open Air, Brutal Assault i Summerbreeze, bardzo fajne festiwale. Później uderzamy na Stany Zjednoczone i Kanadę z zespołem Thy Art Is Murder. Zagramy razem ponad 30 koncertów. Będziemy mieć dużo okazji do wypromowania nowej płyty.

Vogg: Czeka nas jeszcze trasa europejska. Zaczynamy 16 października. Też będzie to ok. 30 sztuk, tak że koniec roku będzie intensywny. No i jeśli się uda, zagramy później trasę w Polsce. Zobaczymy.

Wobec tego trzymam kciuki. Ostatnie słowo należy do was.

Vogg: Pozdrawiamy wszystkich, którzy sprawdzają ten wywiad. Zachęcamy do zmiażdżenia „Anticult”, naszej nowej płyty. Zapraszamy na koncerty. Pozdrawiamy wszystkich i do zobaczenia gdzieś kiedyś.

Rozmawiał: Piotr Garbowski
fot. O. Szramka

Komentarze

Dodaj komentarz