Autor: Piotr Garbowski; 18 kwietnia 2021 r.

Skøv: „Nie zależy nam na moralizowaniu” (wywiad)

Kiedy pierwszy raz gościli na naszych łamach, wzbudzili sporo kontrowersji. W swojej twórczości łączą punk i black metal, ale świadomie odżegnują się od wizerunku charakterystycznego dla obu gatunków. W muzyce nie uznają już za to żadnych kompromisów. Swoim drugim albumem Skøv zamykają usta malkontentom. O „Family Feast” opowiadają nam Marcin Niewiadomski i Mateusz Bajan ze Skøv.

Slider

Kiedy pierwszy raz gościli na naszych łamach, wzbudzili sporo kontrowersji. W swojej twórczości łączą punk i black metal, ale świadomie odżegnują się od wizerunku charakterystycznego dla obu gatunków. W muzyce nie uznają już za to żadnych kompromisów. Swoim drugim albumem Skøv zamykają usta malkontentom. O „Family Feast” opowiadają nam Marcin Niewiadomski i Mateusz Bajan ze Skøv.

Ostatnim koncertem, na jakim byłem przed wybuchem pandemii, był wasz koncert na hardcore’owej imprezie w Poznaniu w marcu 2020. Graliście wtedy z Deszczem i Drip of Lies. Kiedy znów spotkamy się w takich okolicznościach?

Mateusz Bajan: To był twój ostatni koncert? Nieźle. Wiesz, trudno powiedzieć, bo wszystko jest na tyle skomplikowane, że ciężko planować jakikolwiek ruch, tym bardziej jeśli chodzi o koncerty i wydarzenia, w których bierze udział więcej osób. Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli znowu grać i zaprezentować nowy materiał, bo naprawdę nam na tym zależy.

Marcin Niewiadomski: Ja mam nadzieję, że uda się jeszcze tego lata.

Ostatni rok był bardzo ciężki dla nas wszystkich. Z tego, co zaobserwowałem, zamiast czekać na lepsze czasy wzięliście sprawy w swoje ręce i sporo zrobiliście.

MB: Wbrew temu, co się działo, staraliśmy się wykorzystać ten czas, który został nam właściwie dany przez przypadek. Staraliśmy się wyłuskać z tego jak najwięcej. Przede wszystkim pracowaliśmy nad materiałem, szlifowaliśmy go, bo było na to więcej czasu. Nie wiem, czy wypada tak powiedzieć, ale pod tym względem bardzo dobrze się dla nas złożyło.

MN: Właściwie 2020 zleciał nam bardzo szybko przez to, że mogliśmy skupić się na tworzeniu tego materiału. Przygotowaliśmy teledyski i inne rzeczy związane z premierą, czyli wszystkie te rzeczy, które się dzieją i będą się działy w najbliższym czasie. Mieliśmy co robić.

W ten rok wjechaliście z buta wraz z singlem „Feast”. Większość klipów metalowych kapel w Polsce wygląda jakby były robione za flaszkę, ale wasz chyba kosztował trochę więcej.

MB: No na pewno poszło na niego trochę więcej niż jedna flaszka. (śmiech)

Pewnie cały monopolowy.

MB: Bardziej. (śmiech) A tak na poważnie to wyszliśmy z założenia, że jeżeli wkładamy w to tyle pracy i zaangażowania, to niech to wszystko będzie profesjonalne. Chcieliśmy, żeby pierwszy singiel, który będzie promował „Family Feast”, był dosyć spektakularny, żeby był czymś nowym na scenie i prezentował świeże podejście do tematu.

MN: W normalnych czasach dużym wydatkiem dla takiej kapeli, jak nasza, zawsze jest trasa koncertowa. W ubiegłym roku siłą rzeczy mogliśmy trochę inaczej rozegrać te fundusze i głównie dzięki temu ten klip wygląda jak wygląda.

Feast” brzmi jak ponura pocztówka ze świata pędzącego ku zagładzie i chyba można odnieść to do całej płyty „Family Feast”. Niby nie uderzacie w patetyczne tony, nie staracie się nikogo szczególnie przestraszyć, ale trudno nie dostrzec tego mocno katastroficznego klimatu.

MN: „Feast” to utwór o konsumpcji, dosłownie o tym, jak jako ludzkość konsumujemy naszą planetę. Ten przekaz jest bardzo dosłowny. W teledysku siedzimy przy stole, jedząc tę maź, która zostaje podana. Robimy to coraz zachłanniej, co ostatecznie kończy się tak, jak się kończy w klipie. Taki jest przekaz całej płyty. Biernie obserwujemy to, co się dzieje, jak dążymy do zagłady. Jako cały gatunek nic z tym nie robimy, co mnie osobiście przeraża.

MB: Jest dokładnie tak, jak powiedział Marcin. Oczywiście nie chcemy, żeby ktoś odebrał to tak, że budujemy wokół płyty nie wiadomo jaką otoczkę. Ten przekaz jest prosty. Poprzez nasze działania niszczymy planetę, pozbawiamy jej dobra, jakie nam daje, i nie patrzymy na konsekwencje, nie zwracamy na nie uwagi. W „Feast” jest też taka metafora, że siadamy razem do uczty, wyglądamy bardzo dostojnie, ale w rzeczywistości jesteśmy kimś zupełnie innym i robimy mnóstwo złych rzeczy. To też jest metafora społeczeństwa. Dużo ludzi rzuca puste słowa, nie chce nic robić, bardziej chce, żeby to wyglądało dobrze, żeby nie dać po sobie poznać, że ignorują problem, ale i tak robią swoje, dalej niszczą planetę.

Czyli punktujecie ludzką hipokryzję w temacie ekologii.

MN: Można tak powiedzieć, ale też nie zależy nam na moralizowaniu. Nie wskazujemy na nikogo palcem. Bardziej chcemy zwrócić uwagę na to, co się dzieje.

MB: Dokładnie tak. Chcemy zwiększać świadomość, pokazywać coś, na co wielu ludzi nie zwraca uwagi.

Klip do „Feast” zrobił duże zamieszanie, na co najlepiej wskazują jego wyświetlenia na YouTube. Przejrzałem sobie komentarze i ku mojemu zaskoczeniu nikt jeszcze nie wyzwał was od lewaków. Biorąc pod uwagę specyfikę sceny, to raczej ewenement.

MB: To na pewno. (śmiech) Masz rację. Feedback jest dobry, nie spotkaliśmy się z negatywnymi komentarzami, z czego bardzo się cieszymy, bo to oznacza, że ludzie zrozumieli nasz przekaz, na czym najbardziej nam zależało.

Za hawajskie koszule, w których pokazaliście się w klipie do „Family”, też wam się nie oberwało. Skąd w ogóle je wzięliście?

MN: Każdy szukał swojej na własną rękę, od sieciówek po secondhandy. Chyba najciekawsza jest arbuzowa koszula Michała, na którą polował specjalnie na aukcjach.

MB: Ja swoją wyrwałem na super promocji w jednej z sieciówek, jak jeszcze galerie handlowe były otwarte.

Wracając do głównego wątku, „Family Feast” to concept album?

MB: To chyba trochę za dużo powiedziane. Na concept album póki co się nie porywamy. (śmiech)

MN: Wyszliśmy z założenia, że jako jeden gatunek jesteśmy rodziną, która na wspólnej rodzinnej uczcie zachowuje się tak, jak się zachowuje. Jest to temat przewodni tej płyty, ale jest też kilka tematów pobocznych. One też są jakoś powiązane. Na pewno w odróżnieniu od pierwszej płyty jest jeden przekaz, jedna linia.

Muzycznie „Family Feast” to dość różnorodny materiał. Niekiedy nawet zaskakująco różnorodny. Mam rację?

MB: Wiesz, trudno powiedzieć, bo z perspektywy twórców trudno nam skonkretyzować to, co robimy. Ogólny klimat jest zbliżony do pierwszej płyty, ale ten album jest na pewno dużo mroczniejszy i poważniejszy. Jest mniej punku, nawet jeśli wciąż gdzieś czuć tę lekkość. Wydaje mi się, że trochę odważniej podeszliśmy do tematu. Jest kilka rozwiązań, których balibyśmy się użyć na debiucie.

MN: Tak jak Mateusz powiedział, jest kilka rzeczy, które są inne. Właściwie przynajmniej trzy numery to jest zupełnie inny gatunek, ale staraliśmy się tak ułożyć te utwory, żeby była to spójna całość.

Utwór „Necrocoacher” z waszej nowej płyty to już prawie black metal.

MN: Oj tam zaraz black metal. Jak na black metal mamy zbyt obłe napisy w lyric video. (śmiech)

MB: Tak, są zbyt czytelne na black metal. (śmiech) A tak na poważnie – rzeczywiście jest to chyba najmroczniejszy utwór z całej płyty. Na pewno ma najwięcej blastów.

Wydaliście „Family Feast” w bardzo trudnym czasie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że większość zespołów stara się przeczekać pandemię, zwlekając z wydawaniem muzyki i czekając, aż znów będzie można spieniężać płyty na koncertach. Jest to oczywiście zrozumiałe. Alternatywą są koncerty online. Dobrze wyszło to Kvelertak, których wiem, że lubicie. Zrobili koncert z dużym rozmachem, z biletami i sprzedażą merchu. Wyobrażacie sobie zagrać tak trasę?

MB: Jeśli mam być szczery, nie wyobrażam sobie tego. Tak totalnie. Granie koncertów to nierozłączna część muzyki. Jasne, wiem, że jeśli takie czasy nastaną, to trzeba będzie się jakoś przystosować i wtedy zrobimy wszystko, co trzeba, żeby jakoś to ogarnąć. Ale póki co nie potrafię sobie tego wyobrazić.

MN: Tego typu muzyka, jak nasza, wymaga jednak kontaktu z publicznością. Pamiętam, że wydaniu pierwszej płyty, mieliśmy feedback od osób, które pierwszy raz widziały nas na żywo, że ta muzyka jest inaczej odbierana, kiedy jest grana na koncercie. Kamery, internet… Ten cały anturaż koncertu online mocno wykastrowałby klimat, który jest na żywo. Coś, co na koncercie jest wynikiem ekspresji, przez internet mogłoby wypaść dość słabo.

MB: Wyszłaby z tego parodia.

MN: Dokładnie.

Dwa lata temu publikowaliśmy obszerny materiał video o waszym debiucie. Pojawił się wtedy hejt, że nazywacie swoją muzykę black punk, a nie wyglądacie ani na punkowców, ani tym bardziej na blackmetalowców. Przejęliście się tym?

MB: Raczej podeszliśmy do tego ze spokojem. Zawsze staramy się zrozumieć intencje komentujących i załapać, o co im chodzi. Szufladkowanie się to zawsze drażliwy temat. Wiele zespołów stara się tego unikać. Robimy coś, co jest na swój sposób unikalne. Nie ma u nas podobnych zespołów, a przynajmniej jest ich bardzo mało. Siłą rzeczy będziemy wzbudzać takie emocje, a jeszcze wydaje mi się, że dotykamy zamkniętych grup muzycznych, bo black metal czy hardcore/punk to są hermetyczne środowiska. Ciężko coś tu połączyć, ale taka muzyka z nas wypływa. Nie zastanawiamy się, czy jest to bardziej black metal, czy może punk. Połączenie punka i metalu to pewnie najlepsze określenie na to, co robimy, ale staramy się już nie szufladkować.

MN: Mnie dystansu do takich rzeczy nauczyła nasza trasa, którą zagraliśmy z materiałem za pierwszej płyty w 2019 r. Grając w mniejszych klubach z zespołami, które również podchodziły do nas w taki sposób, czyli raczej z dość dużym dystansem…

MB: Momentami to nawet z pogardą.

Aż tak?

MN: Niestety tak. Natomiast widzieliśmy, jak zmieniało się ich podejście przed zobaczeniem nas na scenie i już po koncercie. Koncert mocno zmienia percepcję takich osób. Jeśli chodzi o materiał, o którym wspomniałeś, to wydaje mi się, że wiele osób, które wtedy komentowały to video, nie słuchało naszej muzyki, dlatego nie ma co się takimi rzeczami jakoś szczególnie przejmować.

Marcin wspomniał o waszej pierwszej pełnowymiarowej trasie z 2019 r. Czego się wtedy nauczyliście oprócz tego, żeby nie przejmować się hejtem ze strony ludzi, którzy was nie znają?

MB: Przede wszystkim dyscypliny. Wydarzyło się też wtedy dużo personalnych rzeczy, które pomogły nam w ułożeniu siebie nawzajem, też w lepszym poznaniu się. Marcin, czego nauczyła cię tamta trasa?

MN: Nie wiem. Może pakowania busa?

MB: O tak, to na pewno! (śmiech) Też tego, jak nie zasnąć za kółkiem. A poza tym to jest dużo pięknych wspomnień. Masa ludzi, świetnych zespołów. Kilka scen.

Ta trasa miała dużo hardcore’owych przystanków, jakieś skłoty, undergroundowe miejscówki. Dobrze pamiętam?

MB: Z racji tego, że była to nasza pierwsza trasa, a nie jesteśmy jakimś mega rozpoznawalnym zespołem, nie mogliśmy chwytać się dużych miejsc. To się po prostu nie opłaca. Woleliśmy zagrać w miejscach, gdzie wiedzieliśmy, że da się to zrobić tak, że będzie naprawdę fajnie. Niekiedy to były malutkie kluby, które były częścią jakiejś większej piwnicy, ale to też jest super. Przede wszystkim dużo cię to uczy. Nie jest tak, że masz scenę i wychodzisz grać. Nie masz odsłuchów, ludzi, którzy pomagają ci ogarnąć brzmienie. Wszystko robisz sam. Ustawiasz głośniki, odsłuchy, czasami organizujesz sobie scenę, bo nawet tego nie ma. Każdy zespół powinien pojechać w taką trasę.

MN: Granie w takich miejscach to też zupełnie inna atmosfera. Bywa niebezpiecznie, jak jesteśmy twarzą twarz z pogo, ale jest to coś, co pasuje do tego typu muzyki.

Jak wyobrażacie sobie przyszłość Skøv? Nastawiacie się na koniec pandemii i konkretną trasę czy może bardziej na funkcjonowanie w nowej rzeczywistości, gdzie nic nie będzie po staremu?

MB: Ja się nastawiam na powrót tego, co było, czyli na granie normalnych koncertów i dobrą zabawę podczas nich.

MN: Jesteśmy raczej optymistycznie nastawieni i liczymy, ale jak będzie trzeba, to będziemy starali się jakoś dostosować. Nawet jeśli pandemia będzie trwała, to nie zmieni się to, że będziemy działać dalej.

ROCKMETALNEWS TV