Traffic Junky: Chodzi o surowe emocje #wywiad

Stawiają na surowe, rockowe brzmienie i są świadomi tego, że to niełatwa droga. Swój debiutancki album nagrali tak, by rzetelnie oddać to, jak grają naprawdę, nie oglądając się na to, czy będą ich grać w rozgłośniach. Drogi na skróty ich nie interesują. O długowłosych maniakach, którzy wolą rock’n’rolla od Zenka Martyniuka, odgrzewaniu starych patentów i o tym, dlaczego nie zapomną koncertu przed Nazareth, opowiada nam Dariusz Krasowski z Traffic Junky.

Olsztyn to dobre miejsce do grania gitarowej muzyki?

Myślę, że tak. Dużo się u nas dzieje, jeżeli chodzi o gitarowe granie. Vader jest z Olsztyna. W ogóle mamy sporo kapel, które są na poziomie wybijającym się, bo są tez mniej znane składy, jak Cerber czy Messa, z którymi mocno się trzymamy i które też próbują coś zdziałać na polskim rynku. Jest tu parę zaangażowanych ekip. Rock ma się u nas nieźle.

Zastanawiałeś się kiedyś, z czego to wynika, że macie tak mocną, rockową scenę?

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Może z tego, że jesteśmy tu wszyscy nieźle zakręceni. (śmiech) Wiesz, fajne jest to, że choć rzeczywiście jest tu sporo ekip, mocno się wspieramy, nie konkurujemy ze sobą w niezdrowy sposób, czego pewnie wiele miast może nam pozazdrościć. No i są przede wszystkim fani – uwierz mi, że w Olsztynie jest trochę długowłosych maniaków, którzy wolą rock’n’rolla od Zenka Martyniuka.

To zazdroszczę, bo ja mam nieodparte wrażenie, że wszędzie, nawet w poważnych mediach, króluje jednak Zenek.

Niestety, tak się dzieje. Masz rację. Ja tego nie rozumiem, ale zapewniam cię, że my i wiele innych kapel z Olsztyna gramy tak, żeby czerpać z tego radość i żeby mieć przy tym satysfakcję.

Wierzę. Olsztyn Olsztynem, ale wy akurat brzmicie tak, jakbyście się wychowywali w Stanach. Amerykański duch unosi się nad każdym waszym numerem.

Miło mi to słyszeć. Nie będę się przed tym bronił, bo tak właśnie to wygląda. Korzenie rocka są w Stanach, a my wychowywaliśmy się, słuchając The Doors. Teraz najwyraźniej z nas to wychodzi. Ale są to raczej dobre wzorce, prawda?

Niewątpliwie. Co do was – poszedłbym o krok dalej. Dla mnie wasza twórczość, zwłaszcza ta z waszego pierwszego longplaya, to klimat kalifornijskiego desert rocka. Przypomina mi zespoły sceny Palm Desert. Trafiłem z tym skojarzeniem czy pudło?

Stety albo niestety znów masz rację. Dla nas to trudne zamknąć nasza muzykę w jakichkolwiek ramach gatunkowych, dlatego cieszymy się, że ktoś próbuje to zrobić, gdzieś tam nas umiejscawiając. Jeśli chodzi o nas, długo graliśmy, nie wiedząc, co robimy. Wszystko wychodziło samo. Nie zastanawialiśmy się, co dokładnie gramy. Na początku zespół grał, a ja śpiewałem teksty Lemmy’ego z Motörhead. Próbowałem też śpiewać po polsku, ale brzmiało to jak drugie Illusion. Ten desert rock wyszedł jakoś tak naturalnie, a to dorabianie do tego ideologii, ta pustynia na okładce i tytuł – to była przyjemność. Pasuje nam taki klimat.

Legenda głosi, że pierwsze zespoły nurtu desert rock, takie jak Yawning Man, tworzyły swoje numery na pustyni, jammując i paląc przy tym dużo marihuany. A wy czego potrzebowaliście, by nagrać „Desert Carnivale”?

Jakbyśmy mieli gdzieś obok pustynię, to pewnie byśmy ją odwiedzali. No ale nie mamy. Prawda jest taka, że nie potrzebowaliśmy niczego oprócz naszej przyjaźni, bo to ona była naszym motorem napędowym przy pracy nad „Desert Carnivale”. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu, grając, jammując i pisząc nowe numery. Przy okazji dobrze się bawiliśmy. Nic więcej nie było nam potrzebne.

Płytę nagraliście na setkę, rejestrując ślady na żywo. Chcieliście w ten sposób uchwycić tę luźną, przyjacielską atmosferę, która jak mówisz, towarzyszyła wam w pracach nad krążkiem?

Po części tak, ale nie chcę dorabiać tu wielkich ideologii. Powód był prosty: grając ze sobą, czuliśmy się idealnie. Baliśmy się, że jeżeli podzielimy się tak, że każdy będzie nagrywał osobno, nie osiągniemy tego efektu, który sobie założyliśmy, a chcieliśmy zbliżyć brzmienie „Desert Carnicale” do brzmienia, jakie mamy na koncertach. Tu chodzi o surowe emocje. Gdy nagrywa się osobno, trudno jest to osiągnąć, trudno jest uzyskać naturalność, na której moim zdaniem od zawsze polegał rock’n’roll.

Trent Reznor, lider Nine Inch Nails, zarzucił ostatnio rockowi nudę. Mówił, że to przez hipsterkę, przez przesadnie wymuskane brzmienie wielu współczesnych rockowych składów. Wy nie wpisujecie się w ten trend.

Ja to widzę inaczej. Od dekady wszystko kieruje się w stronę vintage. Ja osobiście uwielbiam lata 70. i uważam, że coraz więcej jest takich zespołów, które grają na starym sprzęcie, na starych fuzzach, robią to w taki sposób, by brzmieć jak rock ze swoich najlepszych lat.

Wy też gracie na starym sprzęcie?

Nie, my akurat wykorzystujemy najnowsze modele sprzętu.

Ale od klasycznych, rockowych patentów nie stronicie.

Zgadza się. Gramy po staremu i gdzieś tam odgrzewamy te stare patenty, ale są one na tyle świetne, że dobrze się to robi. Poza tym one nawet dziś się sprawdzają. Myślę, że dlatego tak wiele zespołów do nich wraca.

Da się dziś twoim zdaniem zaistnieć, opierając się na patentach sprzed lat?

To jest trudne pytanie. Nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć. Powiem tak: dla mnie fajne jest to, że po każdym naszym koncercie zawsze znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która do nas podejdzie i powie: „Panowie, świetnie. Róbcie to dalej”. Skoro ktoś podchodzi i tak mówi, to jest to w jakiś sposób szczere. Nikt przecież nikogo do tego nie zmusza. Dla mnie to jest jedna z najprzyjemniejszych rzeczy, jakie mogą przytrafić się zespołowi.

To powiedz o najprzyjemniejszej rzeczy w twojej przygodzie z Traffic Junky.

Hmm… Najprzyjemniejsze wspomnienie wiąże się z naszym koncertem przed Nazareth. Mniej więcej w połowie koncertu rozejrzałem się po ludziach. Było wśród nich mnóstwo uśmiechniętych osób w wieku 40+, którzy bawili się jak dzieci. To dla nas coś niesamowitego. Później podchodziły do nas osoby w wieku 40-, 50- czy nawet 60 lat. Klepali nas po plecach, mówili, że czuli się na naszym koncercie jak w czasach młodości. To był największy kopniak, jaki kiedykolwiek dostałem, grając z Traffic Junky. Dzięki takim rzeczom chce się starać, niezależnie od tego, czy gra się dla tysiąca osób, czy dla jednej.

A z drugiej strony – co jest twoim zdaniem najgorsze w tym biznesie?

To jest smutne, ale to niestety jest kasa, której ciągle brakuje, żeby pompować i pchać do przodu zespół. Żeby gdzieś pojechać, trzeba mieć środki, choćby na to, żeby zalać samochód. Powiem ci, że dla młodego zespołu, który próbuje zdobyć publikę, jest to trudne. Ale nie ma się co przejmować. Jak widać po ilości naszych koncertów (Traffic Junky mają ich na koncie ponad 100 – przyp. red.) nie za bardzo się tym przejmujemy.

A przejmujecie się uwagami, że płyta „Desert Carnivale” jest za długa?

Wiem, że teraz wydaje się krótkie płyty. Mieliśmy z tym ogromny problem, bo zarejestrowaliśmy 13 tracków. To było 1,5 godz. materiału. Każdy z nas się z nim utożsamiał, byliśmy wręcz dumni z efektów naszej pracy. Okroić to było nam bardzo trudno. W pewnym momencie zadaliśmy sobie pytanie, czy chcemy być na tej płycie szczerzy i oddać nasze prawdziwe brzmienie, czy nagiąć się do standardów. Postawiliśmy na swoim. „Desert Carnivale” to godzinne granie, które oddaje nas w sposób rzetelny. Tak właśnie gramy.

Wspomniałeś o koncertach. Gdzie w najbliższym czasie będzie można was usłyszeć?

Póki co nie mamy żadnych konkretnych planów koncertowych, co jest trochę dziwne, bo zawsze w tym momencie graliśmy już koncerty. Ale pracujemy nad tym. Wstępne daty już się pojawiają. Jeszcze w marcu chcemy odwiedzić parę miejsc. Powiem tak: konkretów nie ma żadnych, ale wiadomość jest taka, że będziemy grali na pewno.

Wobec tego czekamy na daty, by podzielić się nimi z naszymi czytelnikami. Tymczasem na zakończenie poproszę cię, byś zachęcił ich do sprawdzenia Traffic Junky.

Myślę, że w naszym kraju dalej jest mnóstwo osób, które wolą rock’n’rolla, lubią go na tyle, że wybierają muzykę gitarową. Ta muzyka jest właśnie dla takich osób. To mocna rzecz z dużą ilością energii. Jeżeli ktoś lubi szukać nowoczesnych brzmień, bazujących na klasycznych rozwiązaniach – warto nas sprawdzić.

Rozmawiał: Piotr Garbowski
Zdjęcie główne: Roderyk Cymler

FB Traffic Junky – https://www.facebook.com/pg/TrafficJunkyOlsztyn

Komentarze

Dodaj komentarz