Organek – „Czarna Madonna” (Recenzja)

Po udanym debiucie Organek poszedł o krok dalej. Na „Czarnej Madonnie” nie kłania się modom, odkręcając wzmacniacz jeszcze głośniej, ale i coraz odważniej zwracając się w stronę bluesowych korzeni. Opowiada historie, rozdrapuje rany i pokazuje, że wizerunek szorstkiego, doświadczonego przez życie, wrażliwego rock’n’rollowca nie jest PR-owym bullshitem. Takiego wystrzału w polskim rocku dawno nie było.

Entuzjazm, z jakim przyjęto „Głupiego”, pierwszy album Organka, pokazał, jak bardzo polska scena rockowa potrzebowała kogoś takiego, jak Organek. Kogoś, kto nie tylko potrafi grać, ale też ma swoją historię, umie o niej śpiewać i robi to na tyle przekonująco, że można mu zaufać.

Muzycznie Organek to postać z krwi i kości. Wizerunek szorstkiego, doświadczonego przez życie, wrażliwego rock’n’rollowca nie jest PR-owym bullshitem. Jeśli po „Głupim” ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, „Czarna Madonna” rozwieje je raz na zawsze.

Druga płyta Organka od samego początku brzmi surowo. „Intro” gra przede wszystkim sporą dawką przesterów. Gitarowy brud dominuje także w drugim numerze na „Czarnej Madonnie”, w psychodelicznie odjechanym „Rilke”. Po raz pojawia się w nim Organek-wokalista, który dość nieoczekiwanie śpiewa falsetem. Witając słuchacza w ten sposób, Organek od razu daje do zrozumienia, że na „Czarnej Madonnie” nie poszedł na łatwiznę i robi to, na co ma ochotę. W skrócie: daje czadu i eksperymentuje, nie odcina kuponów od udanego debiutu, nie kalkuluje, stawia na szczerość.

Ale Organek jak mało kto potrafi sprawić, by rockowa jazda bez trzymanki zabrzmiała przebojowo. „Mississippi w Ogniu”, trzeci track na płycie, nieprzypadkowo został wypuszczony przed premierą całego albumu. Na wskroś rockowy, napędzany stylowym riffem numer, którego tytuł nawiązuje do tytułu kultowego filmu Alana Parkera, to materiał nośnością nie ustępujący kuli z pistoletu agenta Andersona (kto oglądał film, ten wie, o kogo chodzi). Brzmienie, tekst, kapitalny refren – „Mississippi” to niebezpieczny, iście rockowy wystrzał.

Na „Czarnej Madonnie” takich wystrzałów jest więcej, by wspomnieć o eksplozywnej „Wiośnie” czy punkowym „HKDK”. Album ma jednak więcej odcieni. W zgodzie ze starym porzekadłem, że kobieta zmienną jest, „Czarna Madonna” to chimera, którą targa co najmniej kilka żywiołów. To również blues, który najpełniej daje o sobie znać w fenomenalnym wręcz utworze „Ki Czort”, prawdopodobniej najlepszym na płycie. Co tak bardzo urzeka w tym evergreenie?

Cóż, dość powiedzieć, że „Ki Czort” to błyskotliwa kompozycja ze świetnym refrenem. To przede wszystkim odkurzona, unowocześniona wersja bluesowego archetypu, kojarzonego przede wszystkim z „Crossroads” Roberta Johnsona, a przerabianego też m.in. przez Erica Claptona, SRV i wielu, wielu innych. Oto bohater utworu (nie owijając w bawełnę, Organek) opowiada swoją historię – opowiada o opuszczeniu prowincji i zawarciu paktu z diabłem. I to jak opowiada! „Ki Czort” to rzecz bardzo plastyczna, obrazowa. A gościnny udział Nergala – strzał w dziesiątkę. Trudno wyobrazić sobie kogoś lepszego do tego numeru.

Mniej lub bardziej donośne echa bluesa pobrzmiewają również w przejmującym „Ultimo” i pełnej refleksji „Psychopompie”, gdzie trudno nie dostrzec gry klasycznymi, bluesowymi symbolami. Najważniejszym symbolem w kontekście całego albumu jest bez wątpienia „Czarna Madonna”. Utwór tytułowy sprawia wrażenie najbardziej przejmującej piosenki nie tylko na płycie, ale i w twórczości Organka w ogóle. Organek sam zresztą wyznał, że to najważniejsza piosenka, jaką kiedykolwiek napisał. „Czarna Madonna” klimatem przypomina „Modlitwę” Dżemu, przy czym adresatem jest tu kobieta. Nie, nie chodzi o Matkę Boską Częstochowską. Chodzi o głębokie uczucie, sam utwór zaś to dzieło mroczne i niejednoznaczne. Dzieło, które pokazuje, jak wrażliwym, bezkompromisowym i gotowym na wyznania artystą jest Organek.

Nie mam wątpliwości, że „Czarna Madonna” prędzej czy później znajdzie się w kanonie polskiego rocka. Bo jeżeli ta muzyka ma przed sobą przyszłość, to właśnie w takim wydaniu – grana przez ludzi, którzy na przestrzeni jednego krążka potrafią odkręcić wzmacniacze, opowiedzieć jakąś historię, rozdrapać rany, a następnie zostawić słuchacza z czymś w rodzaju katharsis. Kimś takim jest Organek na „Czarnej Madonnie”. Album klasa. Współczesna klasyka.

Piotr Garbowski

Komentarze

Dodaj komentarz