J.D. Overdrive: Nie jesteśmy kapelą stonerową #wywiad

Po wydaniu świetnie przyjętego albumu „Wendigo” akcje J.D. Overdrive poszły w górę, choć aktywność zespołu w ostatnim czasie nie ograniczała się do nagrania kolejnej płyty. To także frapujący split z formacją Palm Desert, a także koncerty, których grupa w tym roku ma do zagrania całkiem sporo. „Chcielibyśmy grać jak najwięcej” – zgodnie przyznają Wojciech „Suseł” Kałuża i Michał „Stempel” Stemplowski z J.D. Overdrive, którzy znaleźli czas, by spotkać się z nami na wywiadzie. O czym rozmawialiśmy? Sprawdźcie nasz materiał!

Macie w sobie coś z Wendigo?

Wojciech „Suseł” Kałuża: Tu nas masz. Nie wiem. Zależy od ilości spożytego alkoholu. Dobrze mówię, Michał?

Michał „Stempel” Stemplowski: Bardzo dobrze.

Skąd mit Wendigo wziął się na waszym ostatnim albumie – i jak na nim funkcjonuje?

WK: Mam straszną blokadę, jeżeli chodzi o mówienie o swoich tekstach. Koncepcja zamyka się w kilku z nich, nie we wszystkich. Skąd się wzięła? Kilka lat temu przeczytałem o tym parę artykułów. Uznałem, że to ciekawe zjawisko, ciekawy mit. Przewertowałem Wikipedię wzdłuż i wszerz. W jakiś sposób mnie to zafascynowało. Kiedy pracowaliśmy nad ostatnim albumem, potrzebowałem jakiejś inspiracji, ogólnego kierunku, w jakim mogłyby pójść teksty. Pojawiło się Wendigo. To szeroki temat, ale teksty, które się o niego w jakiś sposób ocierały, pasowały mi do tej muzyki.

Wendigo” to concept album?

WK: Trudno powiedzieć. Na pewno nie jest to ścisły, zamknięty koncept. Tu chodzi o różne aspekty zjawiska Wendigo, które są ze sobą powiązane. Raz chodzi o kanibalizm, raz o psychozę Wendigo, innym razem po prostu o tego mitycznego potwora z lasu. Wszystko sprowadza się do bestii wewnętrznej i to do tego odnosi się większość tekstów. Raz ta bestia może być nienawistna, raz pożądliwa. Zależało mi, żeby przedstawić to w zróżnicowany sposób. Nie nastawialiśmy się na album koncepcyjny.

Biorąc pod uwagę zapowiedzi płyty, które pojawiały się przed premierą, a także wasz niedawny split, można się było spodziewać, że oddacie się popularnej ostatnio rozwlekłej, stonerowej formie. Tymczasem poszliście zupełnie w innym kierunku. „Wendigo” to zwarty, trzymający tempo materiał. Mam rację?

MS: Muzycznie? Wręcz przeciwnie – z mojej perspektywy to bardzo luźna, naturalna płyta. Wyszła nam bez większej spiny. Ale rzeczywiście, jest to zwarty materiał. Nie jest, tak jak to określiłeś, rozwleczona, nie licząc kilku momentów, w których pozwoliliśmy sobie odpłynąć. Starałem się stworzyć kawałki, które nie będą kawałkami na siłę. Nie szukałem określonej konwencji. Te kawałki są konsekwencją tego, co graliśmy wcześniej i czego obecnie słuchamy.

Czyli odpuściliście opcję popłynięcia na fali popularności współczesnego stonera.

MS: Suseł fajnie gdzieś kiedyś napisał, że wysyłamy scenie stonerowej listy miłosne, ale z procy. I tak faktycznie jest. Oczywiście szanujemy tę scenę, ale nie gramy do końca stonerowo. Zrobiliśmy na splicie z Palm Desert „Secrets”, numer, który wpada w tę konwencję, ale na tym albumie zagraliśmy tak, jak zagraliśmy. Tak jak powiedziałem, nie chcieliśmy robić niczego na siłę.

WK: Nie do końca jesteśmy kapelą stonerową, a właściwie to w ogóle nie jesteśmy kapelą stonerową. Słuchamy tej muzyki i w jakiś sposób znajduje to swoje odbicie w tym, co robimy, ale wygląda to tak, że to Michał przynosi kawałki. Dopiero później pracujemy nad nimi wszyscy. Nigdy nie wiem, czego się spodziewać. Czasem są to rzeczy bardziej rock’n’rollowe, czasem stricte metalowe, gdzie mogę się wydrzeć i pasuje to idealnie, a czasem transowe, jak wspomniany utwór „Secrets”. Podstawą jest to, żeby to było nasze. Dla mnie ten zespół jest ciągłym zaskoczeniem, dlatego praca w nim wciąż jest fajna. W ogóle nam się to nie nudzi.

Z „Wendigo” trafiliście na Stoned Meadow of Doom, potężny kanał obserwowany przez masową, międzynarodową publiczność. Jaki dostaliście feedback?

WK: Nie powiem, że o dziwo, bo uważam, że ta płyta całkiem nieźle nam wyszła, ale feedback jest dobry. Zdaję sobie sprawę, że „Wendigo” nie każdemu słuchaczowi tego kanału się spodoba. Mieliśmy porównania do Clutch, mieliśmy też porównania do Pantery. Ogólnie ludzie tam reagują dobrze. Ktoś napisał coś w stylu: „Super album, żeby zacząć nim dzień”. Mam wrażenie, że w sumie to jest trochę taka muzyka do samochodu – bardziej do słuchania czy oglądania na koncercie niż do kontemplowania.

Do kontemplowania jest za to wasz split z grupą Palm Desert. Jaka jest jego historia?

WK: Sama historia splitu jest bardzo prosta. Chcieliśmy mieć split, po prostu. Split to dobra okazja, żeby poznać nowy zespół. Kupując czy sprawdzając split jednego zespołu, trafiasz na drugi, który być może jakoś cię zainteresuje. Taka jest idea tej formuły. Poza tym chcieliśmy zrobić coś luźniejszego i mieć nośnik na pomysły nie do końca pasujące do albumu, ale na tyle fajne, by je jednak zostawić. Z Palm Desert spotkaliśmy się parę razy na scenie. Bardzo polubiliśmy się personalnie i kiedy przyszło co do czego, byli pierwszą kapelą, której to zaproponowaliśmy. Od razu powiedzieli, że w to wchodzą. Muzycznie są bardzo płodni. Wykrzesanie z siebie tych kilku kawałków nie stanowiło dla nich problemu. Wyszło świetnie. Fani Palm Desert poznali naszą muzykę, a nasi fani muzykę Palm Desert. Szczerze mówiąc, chętnie byśmy coś takiego kiedyś powtórzyli.

MS: Dla nas jako dla muzyków split był dobrą okazją, żeby sprawdzić kilka nowych patentów. Jestem znany z tego, że gram na Les Paulach.. Na splicie zagrałem natomiast na Telecasterze, żeby sprawdzić, jak zabrzmi. Tak jak powiedział Wojtek, kawałki, które znalazły się na splicie, nie pasowały nam do „Wendigo”. Split był okazją, żeby coś z nimi zrobić i pokazać, że potrafimy też zagrać zupełnie inaczej, przy okazji trochę bawiąc się konwencją. Ludzie to zauważyli. Dostaliśmy feedback, że brzmi to inaczej, co bardzo nas ucieszyło.

Jakie emocje generuje tego typu przedsięwzięcie – konfrontacja dwóch zespołów, dwóch ekip, dwóch różnych brzmień na jednym wydawnictwie?

MS: Komponując utwory na split, skupiałem się na kawałkach, ale była też we mnie ciekawość, co pokaże Palm Desert, jakie numery nagrają. Zastanawiałem się, jak będzie to funkcjonować na przestrzeni jednego albumu. Do tego dochodziła ciekawość innego rodzaju – ciekawość tego, jak zostaną odebrane nasze numery, bo jednak zrobiliśmy coś innego niż to, z czego jesteśmy znani.

WK: Najwięcej emocji wzbudził wybór okładki.

Pokłóciliście się o to?

WK: To były długie konwersacje na FB. Mogę powiedzieć, że jeżeli chodzi o wybór okładki i tytułu, to była długa, wyboista droga. (śmiech) No ale rezultat moim zdaniem super. Kiedy zobaczyliśmy projekt wersji ostatecznej, uznaliśmy, że nie będziemy na nią nakładać żadnych logotypów. Traktujemy to jako formę sztuki.

Zamykając temat splitu, gdybyście mogli wybrać dowolny skład, z którym moglibyście nagrać split, na kogo byście postawili?

MS: W zeszłym roku największe wrażenie z zespołów, które odkryłem, a które tak naprawdę nie są nowymi zespołami, zrobił na mnie Kadavar. Możliwość nagrania z nimi splita to by było coś.

WK: A ja polecę jeszcze wyżej: Clutch albo Monster Magnet.

To takich splitów wam życzę. Chciałbym, by naszą rozmowę zakończył wątek związany z „Wendigo”. Nagraliście ten album w Monochrom Studio. Z zewnątrz miejsce to wydaje się wyjątkowe. Wyjątkowe są też albumy, które tam powstają – m.in. ostatni Red Scalp. Niedawno zdjęciami stamtąd chwaliła się Sunnata. Co takiego ma w sobie to studio?

MS: Tu siłą rzeczy muszę się wypowiedzieć ja, bo Wojtka z nami nie było – obowiązki służbowe są takie, a nie inne. To, że te zespoły znalazły się w Monochrom Studio, jest zasługą Haldora Grunberga. Jako producent Haldor współpracuje z nami od drugiej płyty. Naszym zdaniem to jeden z czołowych polskich producentów muzycznych. Zaproponował nam wyjazd do Monochrom Studio. Zgodziliśmy się i pojechaliśmy tam na tydzień. Jest to naprawdę magiczne miejsce. Będąc tam, jesteś na totalnym zadupiu, do najbliższego spożywczaka masz 10 min. drogi samochodem. Jesteś w górach i możesz skupić się wyłącznie na tym, co chcesz nagrać. Widoki zapierają dech w piersiach, samo studio też robi wrażenie. Praca tam jest po prostu przyjemnością. Chcielibyśmy wrócić tam przy okazji nagrywania kolejnych płyt. To, że jesteś tam odcięty od świata, to mega sprawa. Komfort pracy jest niesamowity. Magia. Po prostu magia.

W zeszłym roku zagraliście pewnie mniej koncertów niż byście sobie tego życzyli. Koncertowo ten rok zaczyna się dla was znacznie lepiej. Gdzie w najbliższym czasie będzie można was usłyszeć?

WK: Wiesz, chcielibyśmy grać jak najwięcej, ale wiąże się to z kosztami, a realia są takie, że zespoły raczej dopłacają teraz do koncertów niż zarabiają na nich pieniądze. Jeżeli wychodzisz na zero, to możesz już mówić o szczęściu. My mimo wszystko chcemy wychodzić z naszą muzyką do ludzi, zwłaszcza że bardzo dobrze broni się na żywo. W lutym będziemy m.in. w Przemyślu, w Krośnie, w rodzinnych Katowicach na Stoner Doom Festival. W maju będziemy w Warszawie na Grim Feście. Michał, o czymś zapomniałem?

MS: Na ten moment to wszystko, ale cały czas pracujemy nad kolejnymi datami.

WK: Dzień i noc. 24 godz. na dobę . (śmiech)

Wobec tego powodzenia i dziękuję za rozmowę. Ostatnie słowo należy do was.

MS: Słuchajcie dużo muzy, pijcie dużo piwa, pijcie dużo whiskey i przychodźcie na koncerty – na żywo, nie oglądajcie na YouTube, chyba że w pracy albo w wolnym czasie. Do zobaczenia pod sceną. Pozdrawiamy!

Rozmawiał: Piotr Garbowski
Zdjęcie główne: Marta Lebiocka

FB J.D. Overdrive – www.facebook.com/jdoverdrive

Komentarze

Dodaj komentarz