Drak (Hunter): Mamy problemy z wiernymi, ale nie z wiarą #wywiad

Krótko po premierze płyty „NieWolnOść” zespołu Hunter udało nam się namówić na rozmowę frontmana grupy. O najmroczniejszym albumie w jej dorobku, muzyce, która może zmieniać świat, niedoszłym koncercie na katolickiej uczelni, kryzysie migracyjnym i odzyskiwaniu wiary w Metallikę w szczerym wywiadzie opowiada nam Paweł „Drak” Grzegorczyk.

Rozmawiacie w zespole czasem o polityce?

Paweł „Drak” Grzegorczyk: Tak, często rozmawiamy o polityce. Wszyscy przejmujemy się tym, co się wokół nas dzieje. Bardzo zależy nam i na naszym kraju, i na spokojnym życiu. W moim przypadku w tej chwili jest jednak tak, że od dłuższego czasu nie oglądam żadnych wiadomości, właściwie nie śledzę też tego, co dzieje się w sieci. Wynika to po części z tego, że do niedawna nagrywaliśmy płytę i całkowicie mnie to pochłonęło, także ze zniechęcenia tym, co do mnie dociera. Oczywiście nie jest tak, że mam to gdzieś. Po prostu nie muszę tego śledzić, bo jak się spotykamy, od razu mam pełen przekrój obecnej sytuacji. Czasem przeżywanie tego podwójnie jest nie do zniesienia…

Jak działa na was ta polityczna wrażliwość? Kłócicie się, wzajemnie nakręcacie?

Nie, polityka nas nie dzieli. Mamy podobne spojrzenie na większość kwestii, a jeżeli w czymś się nie zgadzamy, są to niuanse, nic takiego, co mogłoby nas w jakikolwiek sposób poróżnić.

Pytam o to nie bez przyczyny. Mam za sobą niejeden odsłuch „NieWolnOści” i do teraz nie wiem, czy jest to materiał politycznie zaangażowany, czy wręcz przeciwnie – skrajnie antypolityczny manifest.

Na pewno jest to materiał zaangażowany w to, co dzieje się u nas i na świecie. Jeśli chodzi o mnie, to wolałbym go określać antypolitycznym, ale jak by na to nie spojrzeć, jest w pewnym sensie polityczny, bo dotyczy przecież rzeczy związanych z polityką.

Tak się składa, że od ponad 30 lat w wielu utworach opisujemy ciemne strony polityki, ale nie jest też tak, że jesteśmy absolutnymi anarchistami, że nas to statutowo wali, że jesteśmy antysystemowi dla samego faktu bycia antysystemowcami. Nie. Zaczynamy temat, jeżeli uważamy, że dana władza za mocno ingeruje w nasze życie, jeżeli czujemy, że tracimy wolność albo znajdujemy się pod jej presją. Wtedy zapala nam się czerwona lampka. Ktoś sprzeciwia się takim rzeczom, pisząc artykuły, idąc na mównicę, a w ekstremalnych sytuacjach wychodząc na ulicę, my robimy to poprzez muzykę. Wyrzucamy w ten sposób z siebie to, co nas dręczy, co nam się nie podoba, co nas zwyczajnie wkurza.

Jeśli się mylę, wyprowadź mnie z błędu, ale sądzę, że na płycie „NieWolnOść” poszliście o krok dalej. Tu już nie tylko dajecie upust swojemu wkurzeniu, ale odsłaniacie także inne emocje: niepokój, lęk, frustrację. Do tego to ciężkie, przytłaczające brzmienie, dużo powolnych riffów w stylu Black Sabbath. Trudno oprzeć się wrażeniu, że „NieWolnOść” to wasz najmroczniejszy materiał.

Oczywiście, że tak. Widzisz, takie mamy właśnie czasy. Z nami jest tak, że każda kolejna płyta odzwierciedla rzeczywistość otaczającą nas w danym momencie, to jak ją postrzegamy, jak się w niej czujemy. Skoro tak ten materiał słyszysz, być może to właśnie są – z punktu widzenia nagranych przez nas dotychczas płyt – najtrudniejsze czasy. Często powtarzam, że odbijamy rzeczywistość jak lustro. I tak dokładnie jest, tyle że z okolicznościowym komentarzem. No cóż. Taka nasza karma.

Widzisz, nie potrafimy jakoś śpiewać i grać o pierdołach – z całym szacunkiem dla tych, którzy to robią, bo taka muzyka też jest potrzebna. Nie każda musi być przecież zaangażowana, nie wszyscy muszą wyciągać brudy. I całe szczęście. Tak właśnie powinno być.

Przypomniał mi się Bob Dylan, nasz tegoroczny noblista, który w jednym z wywiadów stwierdził, że piosenki nie mogą zmieniać świata. Jak to skomentujesz? Twoim zdaniem poprzez muzykę można zmieniać świat?

Uważam, że można, a nawet powiem więcej: uważam, że należy i że dzięki muzyce świat się zmienia. A jeśli już jesteśmy przy tematach politycznych, to mam nawet na to dowod: są piosenki, które faktycznie coś zmieniły, dały ludziom nadzieję i nawet jeżeli bezpośrednio nie obaliły jakiegoś reżimu czy toksycznego ustroju, to na pewno się do tego przyczyniły. Spójrz na twórczość Kaczmarskiego, a zwłaszcza na „Mury” i „Marsyliankę”, spójrz na „Przeżyj to sam” Lombardu. Myślę, że Dylan doskonale zdaje sobie sprawę z siły oddziaływania muzyki, dlatego sądzę, że powiedział to z czystej przekory.

Pewnie tak. A w odniesieniu do was – zauważyłeś kiedyś, by wasza muzyka coś zmieniła?

Obserwuję to nieustannie. Kiedyś, kiedy jeszcze nie było internetu, dostawaliśmy mnóstwo listów, w których czytaliśmy, że uratowaliśmy komuś życie. To byli przede wszystkim młodzi ludzie, przeważnie zagubieni gdzieś na ich życiowych zakrętach. Wiadomo, że w pewnym okresie dorastania choćby zawód miłosny może doprowadzić do myśli samobójczych. Czasem niestety nawet dalej. Przyczyn i powodów jest wiele. Ludzie są różni, niektórzy bardzo wrażliwi. Ale wbrew temu, że nasza muzyka porusza się po mrocznych korytarzach duszy, paradoksalnie pomaga wielu osobom właśnie z nich wyjść.

Granie takich dźwięków i słów nie musi oznaczać, że prowadzą one do tego, by wpaść w jeszcze większy dół. Wręcz przeciwnie. Wyrzucenie z siebie pewnych rzeczy już jest oczyszczeniem. Na tej zasadzie działają także koncerty. Zauważ, że na naszych nie ma pogrzebu, który wydawałoby mógłby wynikać wprost z tekstów, jest wręcz odwrotnie, jest bardzo wesoło. To jest właśnie oczyszczenie. Wyrzucenie frustracji, wykrzyczenie się, wyskakanie. Pozbycie się wszystkich złych emocji życia codziennego.

Być może stąd tak bliska relacja pomiędzy wami a waszymi fanami. A propos fanów – jak na przestrzeni lat zmieniła się wasza publiczność?

Wygląda na to, że gramy głównie dla dość młodych ludzi i dla starszych z luką dla dojrzewających. Często się zastanawiam, z czego to wynika. Wydaje mi się, że w naszych tekstach i muzyce jest coś, co działa na ludzi, którzy patrzą jeszcze na świat idealistycznie, którzy wierzą w takie właśnie jego postrzeganie. W pewnym momencie życia przychodzi jednak zwykle taki moment, kiedy następuje nagłe zderzenie z rzeczywistością. Większość wtedy mówi: „Przecież to naiwne. Życie to nie bajka. Koniec dziecinnych marzeń, zjazd na ziemię. Trzeba robić pieniądze, skupić się na sobie. Świata nie uratujemy. Nie ma co się łudzić”. I przestają słuchać takich zespołów jak nasz. Dopiero z wiekiem pojawia się refleksja, że nie to jest jednak w życiu najważniejsze. Wtedy często wracają, a my przyjmujemy ich zawsze z otwartymi ramionami. Są też tacy, którzy nigdzie się nie oddalają – w tym także my.

Zdziwiłbyś się, jak wielu emerytom podoba się to, co robimy. Tyle że nie mają szans na usłyszenie nas, ponieważ nie lecimy w radio. Ale to bardzo rozbrajające, a jednocześnie podnoszące na duchu. Przy tym okazuje się, że prawdziwe ideały nie umierają. Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego tak dobrze dzieci dogadują się z dziadkami?

Czyli znów wychodzi na to, że muzyka łączy pokolenia. To ciekawe, że na wasze koncerty przychodzą również osoby starsze. Myślisz, że to dlatego, że ciężkie brzmienia są dziś postrzegane inaczej niż jeszcze kilka lat temu?

Trudno powiedzieć. Myślę, że w naszym wypadku powoduje to właśnie kombinacja dźwięków i słów. A tak ogólnie? Jedno jest pewne: czasy, kiedy metal był najpopularniejszym gatunkiem, już dawno minęły. Gdyby wróciły, bardzo bym się z tego ucieszył, ale na razie jest jak jest. Choć coś tam się ostatnio ruszyło, a to daje nadzieję. Ostatnio ogólnie dużo się zmienia. Pewnie cię tym zaskoczę, ale mieliśmy kiedyś zaproszenie z uczelni katolickiej, na imprezę, którą organizowali studenci. Chcieli, żebyśmy dla nich zagrali.

I co? Przyjęliście zaproszenie?

Oczywiście. Niestety, ostatecznie trafiliśmy na mur, że tak powiem, wyższych instancji. Szkoda, bo byłaby to świetna sprawa i przełamanie uprzedzeń, które są chybione, niepotrzebne i przede wszystkim zupełnie nieuzasadnione. Bo my nie krytykujemy wiary. Miewamy problemy z wiernymi, ale nie z wiarą.

Może musi minąć jeszcze trochę czasu.

Pewnie tak. Ale to też na szczęście się zmienia, choć bardzo powoli. Wyobraź sobie, ze na nasze koncerty przychodzą także księża. I to często! Ostatnio w Dzierżoniowie przyszedł na nas koncert młody kleryk. Powiedział: „Słuchamy was i naprawdę was wspieramy”. To było coś! Z pełnym przekonaniem uważam, że gramy dla ludzi myślących, niezależnie od wiary, wyznania czy przekonań. Fanatycy nie tolerują i przede wszystkim nie zrozumieją takich rzeczy.

Co do fanatyzmu – chwilę przed naszą rozmową przeczytałem w gazecie, że w Aleppo znów wzbiera fala przemocy. Ma to bezpośredni związek z tym, czemu poświęciłeś aż dwa numery na „NieWolnOści”. Mam na myśli kwestię uchodźców i utwory „NieWinny” oraz „Gorzki”. Czego twoim zdaniem jako społeczeństwo nauczyliśmy się o sobie za sprawą tzw. kryzysu migracyjnego?

Nie wiem, czy czegoś się o sobie dowiedzieliśmy, bo nie jestem przekonany, czy my w ogóle szukamy i rozpatrujemy to w taki sposób. Czy choćby próbujemy szukać tego w sobie. W tych konkretnie utworach chciałem zadać dwa bardzo proste pytania : czy wierzycie w to, w co twierdzicie, że wierzycie? Czy to, jak postępujecie i myślicie, jest zgodne z waszą wiarą? Niestety, to, jak traktujemy uchodźców, jak o nich powszechnie mówi, świadczy o czymś zupełnie przeciwnym. Bo przecież my, Polacy, jesteśmy tacy bogobojni, tak wierzący, chodzimy do kościoła, ale z drugiej strony blisko nas toną dzieciaki, a my zasłaniamy się terrorystami i odwracamy oczy od tej tragedii.

Może problem jest w nas samych?

Oczywiście, że tak. Jak też się boję terroru, ale prawda jest taka, że ci ludzie uciekają przed wojną. Wśród nich są dzieci, ich matki. Uciekają przed dużymi, fanatycznymi i wyrachowanymi chłopcami, którzy albo zostali zmanipulowani, albo chcą władzy, wpływów i kasy. Matki z dziećmi to ofiary przemocy i wojny, a znieczulica, z jaką ich traktujemy, świadczy o nikim innym tylko o nas samych. Wiesz dlaczego tak jest? Za długo nie było wojny u nas. Do tego większość z nas jej wcale nie doświadczyła, więc nie wiemy, jak naprawdę wygląda, co oznacza. Możemy sobie to tylko wyobrażać, ale jak człowiek się nie sparzy, to nie doceni spokoju i pokoju, w którym żyje na co dzień. I przewraca się w głowach. Brakuje nam wyobraźni. To raz. Nie potrafimy uczyć się i wyciągać wniosków z przeszłości. To dwa. A trzy to nasza skłonność do niszczenia. Świata i siebie. I tak powoli kręcimy sobie sznur wokół własnej szyi. Obyśmy zdołali się tylko opamiętać.

Oby ta chora sytuacja się zmieniła. Korzystając z okazji, że mam okazję z tobą porozmawiać, chciałbym poprosić cię o opinię na temat nowej Metalliki. Słuchałeś „Hardwired”?

Tak, słuchałem. Wiesz, zacząłem i wychowałem się na Master of Puppets. Później cofnąłem się do „Ride The Lighting”. Ale „Kill’em All” już do mnie nie trafiło. Nie miało już tej magii dwóch kolejnych wydawnictw. Później było „…And Justice for All” – świetna płyta, chociaż to brzmienie i brak basu nadal boli. No i „Czarny album”. I to był cios, pomnik. „Load” i „ReLoad” również zaliczam do moich ulubionych płyt, które natychmiast zresztą zakupiłem, podobnie jak niesamowita „Garage Inc.”. Później był „St. Anger”. Pierwszy numer fajny, ale reszta mnie już tak nie uwiodła. „Death Magnetic” nieco bardziej, ale też nie wracam do tej płyty. Spodziewałem się, że tak samo będzie z „Hardwired…”. Pierwsze numery z tego albumu, które usłyszałem, tylko mnie w tym utwierdziły, ale powiem ci, że właśnie poznaję cały materiał i powoli, a właściwie coraz szybciej zmieniam zdanie. Słucham jej codziennie i z każdym odsłuchem odzyskuję wiarę w Metallicę. Płytę rzecz jasna kupię. Planuję także powrót do świata winyli.

Magia czarnych krążków. Mnie ujmuje to, że pomimo tylu lat na scenie Metallica wiarygodnie posuwa się w czasie, wciąż brzmi świeżo. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, jak oni to robią, jaka jest na to recepta?

Myślę, że jest na to kilka sposobów. Jeden z nich jest taki, żeby robić to, co się czuje a nie to, czego oczekują od ciebie inni albo co spowoduje, że naginając się, staniesz się bardziej popularny. Szczerze? Były takie momenty, kiedy gdzieś tam, i jednak wbrew sobie chcieliśmy robić utwory, które będą także radiowe, proste, krótkie. Ale jakoś zawsze wychodziło, że to nie jest to, co nas porusza, i tak naprawdę nie chcemy tak grać, tworzyć utworów w takich kategoriach. Bo to nie jest dobre. Trzeba kierować się tym, co jest wewnątrz, nie tym, co dyktuje rynek. Trudno. Najwyżej nie puszczą tego w radiu. Głównym powodem takiego myślenia było to, że chcielibyśmy grać jak najwięcej koncertów, a promocja radiowa byłaby w tym zajebiście pomocna. Nie ma sensu jednak się napinać, jeśli to odbywa się ze szkodą dla muzyki i doprowadzać do wewnętrznego sprzeciwu.

To przy okazji pomaga także nie wpaść w rutynę, w wyrachowane zawodostwo. Efekt jest taki, że jeśli powstają krótkie formy, to tylko dlatego, że uważamy, że tak jest lepiej dla danego utworu, a nie dla radia. Inną kwestią jest przyjaźń w zespole. Zespół, to znaczy prawdziwy zespół – to nie koledzy z pracy. To rodzina. Takie podejście pomaga wytrzymać ciosy, a my na przykład w naszej historii trochę ich przyjęliśmy.

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć wam trwania w tym, o czym mówisz. Ostatnie pytanie: wierzysz, że kiedyś sytuacja dookoła nas pozwoli wam na to, byście nie musieli piętnować już patologii, które nas otaczają? Byście mogli np. nagrać album instrumentalny, bez słów?

Nie wierzę w to, że natura ludzka się zmieni, my ludzie nie potrafimy za długo być szczęśliwi i czyści. Skłonność człowieka do destrukcji i autodestrukcji wciąż mnie zadziwia, a jednocześnie utwierdza w tym przekonaniu. Myślę, że niestety nadal będziemy mieli o czym śpiewać. W sumie szkoda, bo mielibyśmy szansę wykazania się w utworach o miłości, a nie tylko o jej braku. A czy nagramy album instrumentalny? Nigdy o tym nie rozmawialiśmy, ale kto wie. Wszystko jest możliwe.

Rozmawiał: Piotr Garbowski
Zdjęcie główne: Kasia Muraszko

Pełen merch zespołu Hunter dostępny w RockMetalShop.pl [link].

Komentarze

2 przemyślenia nt. „Drak (Hunter): Mamy problemy z wiernymi, ale nie z wiarą #wywiad

Dodaj komentarz