Zespół Spike and The Gimmie Gimmies to punk rockowa supergrupa z USA, która od trzech dekad prezentuje na swoich płytach największe muzyczne hity pochodzące z rozmaitych gatunków i przerabia je na swój charakterystyczny styl. Grupa zagra 8 listopada w warszawskim klubie Proxima, a wokalista i lider formacji, Sean „Spike” Slawson, opowiedział w krótkiej rozmowie o dorastaniu będąc punkiem, doborze utworów na płytę, a także incydentach związanych z graniem koncertów.
Czym jest dla ciebie punk rock jako gatunek i jako kultura?
Spike: Mam 56 lat, więc odkryłem punk w 1984 roku, gdy miałem 14 lat. W tamtym czasie nikt, kto miał choć trochę wyobraźni, nie grał już punk rocka. Kiedy jednak odkryłem zespoły, które grały w tamtym okresie, a niektóre z nich działały już od lat i zacząłem chodzić na koncerty, poczułem, że jestem częścią czegoś znacznie większego, czegoś o zasięgu światowym. To było dla mnie bardzo ważne: mieć grupę ludzi, do której czułem, że przynależę. Z drugiej strony, nie zawsze było tak pozytywnie, jak sugerowały teksty piosenek na płytach punkowych. Na koncertach nie spotykało się tylko ludzi udających socjopatów – tam byli prawdziwi socjopaci. Było więc sporo negatywnej energii. Jedną z rzeczy, których w kulturze punkowej nie lubię najbardziej, jest to, że ludzie często wykorzystują ją jako wymówkę, by zachowywać się jak świnie. Nie podoba mi się to. Wielu uważa, że bycie niegrzecznym, lekceważącym czy bezmyślnym to cecha typowo punkowa. Ja bym powiedział, że wcale tak nie jest. Z perspektywy czasu, choć sam zacząłem słuchać tej muzyki dopiero w 1983 czy 1984 roku, przyglądałem się też zespołom, od których wszystko się zaczęło. Na przykład w wieku 14 lat po raz pierwszy usłyszałem grupę The Saints. A oni grali przecież już od 1976 roku. Wydaje mi się, że w latach 80-tych, a trend ten przeciągnął się na lata 90, pojawiło się zjawisko, w którym tak zwane zespoły punkowe czy sami punkowcy mieli obsesję na punkcie bycia „prawdziwymi”. Nosili więc tylko koszulki i dżinsy, a w latach 90 szorty surferskie, czapki marki Volcom i tym podobne rzeczy. Z czasem, gdy zacząłem doceniać dokonania zespołów z lat 70., zrozumiałem, że dla tamtych grup kreowanie wizerunku było niezwykle istotne. Wizerunek, styl i kreatywność liczyły się znacznie bardziej niż jakiekolwiek pojęcie rzeczywistości czy autentyczności. Chcieli stworzyć alternatywę dla tego, co realne i rzeczywiste. Mam wrażenie, że kultura punkowa nieco to zatraciła. Pierwsi punkowcy instynktownie rozumieli, że wchodząc na scenę, tworzy się dla odbiorców alternatywną rzeczywistość. Nie chodzi o to, by być „prawdziwym”. Nie chodzi o to, by być realistycznym. Bardzo lubię punkowe zespoły zaangażowane politycznie. Moje własne poglądy polityczne w dużej mierze ukształtowały grupy takie jak Crass, Crucifix czy Dead Kennedys. Kocham kulturę punkową. Kocham muzykę punkową. Uważam jednak, że pod wieloma względami punk zszedł na manowce.
Chciałbym zapytać o twórczość waszego zespołu. Jesteście znani z tego, że wykonujecie popularne utwory w punk rockowym stylu. Jak dobieracie repertuar do nagrań? Robicie to spontanicznie, czy macie dokładny plan płyty?
Spike: Nie, dzieje się to raczej spontanicznie. W przypadku nowej płyty założenie było proste: chcieliśmy wybrać same hity. Utwory, które słuchacze już dobrze znają. Nie ma tu więc żadnego przewodniego motywu, poza tym, że w swoich czasach piosenki te były wielkimi przebojami. I choć może nie brzmi to najlepiej, w procesie doboru utworów jest chyba więcej nauki niż sztuki. Chodzi o rytm, o frazowanie. Zazwyczaj już po kwadransie wiadomo, czy dany kawałek „zadziała”, czy nie. Utwory muszą być chwytliwe, prawda? Muszą wpadać w ucho, a kiedy przenosimy je do naszej stylistyki – wręcz siłą wciągając je w nasz muzyczny świat powinny wywoływać u słuchacza efekt ironiczny. Gdyby tak nie było, bylibyśmy tylko zwykłym zespołem grającym po knajpach, prawda? Choć pewnie całkiem niezłym, trzeba przyznać. Gdyby chodziło tylko o zwykłe covery, pozbawione poczucia humoru czy ironii, nie byłoby to dla mnie aż tak interesujące.
Wasz nowy album, „Shit The Bed” – swoją drogą, świetny i chwytliwy tytuł – ukaże się w październiku. Czy jest on podobny do poprzednich, czy może coś się zmieniło w waszym podejściu do pracy?
Spike: Skład był ten sam, co na poprzedniej płycie, proces twórczy również. Spędziliśmy kilka dni na przygotowaniach, ale sporo czasu poświęciliśmy też na sam wybór utworów niekoniecznie od razu je grając, po prostu słuchając i selekcjonując materiał. Wybór utworów na ten nowy album zajął nam naprawdę dużo czasu. I myślę, że właśnie to stanowiło największą różnicę. Brak narzuconego tematu przewodniego dał nam dużą swobodę. Mogliśmy wybrać najlepsze piosenki, niezależnie od ich tematyki, epoki czy gatunku, i stworzyć, moim zdaniem, naszą najlepszą płytę.
Który z coverów w całej waszej karierze okazał się największym wyzwaniem?
Spike: Powiedziałbym, że największym wyzwaniem było „Hey Ha!” zespołu Outcast. Ten utwór znajdzie się na nowej płycie. Było to ogromne wyzwanie, ale przyniosło sporo satysfakcji. Szczerze mówiąc, dopóki nie usłyszałem gotowego nagrania, nie byłem nawet pewien, czy ten utwór w ogóle trafi na płytę. A teraz jest jednym z moich ulubionych kawałków na tym albumie. Zazwyczaj sprowadza się to do pewnego rodzaju nauki. Kiedyś przyjęliśmy zasadę, że jeśli poświęcamy na jakiś utwór więcej niż 15 minut, to znaczy, że obraliśmy zły kierunek. Że jesteśmy na błędnej drodze. Czasami jednak warto poświęcić piosence więcej czasu. Zwłaszcza jeśli mowa o jednym z największych przebojów wszech czasów, prawda?
Zgadzam się, Spike. Rozmawiamy w momencie, gdy cały świat pożegnał zmarłą Dolly Parton. Nagraliście jej kultowy utwór, „Jolene”. Jak wspominasz tę postać?
Spike: Cóż, jako Amerykanin mogę powiedzieć, że jest ona jedną z niewielu osób czy zjawisk, które jednoczą Amerykanów, niezależnie od ich pochodzenia, przekonań politycznych czy ideologii. Widać to było choćby w jej parku rozrywki, Dollywood. Można było tam spotkać ludzi z najróżniejszych środowisk, którzy przyjeżdżali, by wspólnie bawić się w parku i można by rzec, w pewnym sensie nawiązać duchową więź z Dolly Parton.
Teraz, gdy jej zabrakło, uważam, że amerykańskie życie społeczne na tym ucierpi. Była kimś znacznie więcej niż tylko sumą swoich poszczególnych dokonań. Uwielbiam „Jolene”. Bardzo lubię naszą wersję tego utworu. Chciałbym wierzyć, że gdyby Dolly ją usłyszała, przypadłaby jej do gustu. Nigdy jednak nie otrzymaliśmy od niej żadnej odpowiedzi. Właściwie jedyny raz, kiedy dostaliśmy jakąkolwiek odpowiedź od artysty, był przypadek zespołu Eagles. Znienawidzili naszą wersję i nie pozwolili nam nakręcić do niej teledysku. Od Dolly Parton nie usłyszeliśmy nic. Zaryzykuję stwierdzenie, że nasza wersja „Jolene” jest najlepsza – zaraz po oryginale. Choć oczywiście jestem nieobiektywny.
W zeszłym roku minęło 30 lat, odkąd w 1995 roku powstał wasz zespół. Jak bardzo zmieniliście się przez ten czas?
Spike: Och, mam nadzieję, że całkiem sporo. Jeśli chodzi o wspólny punkt odniesienia dla wszystkich członków zespołu, to powiedziałbym, że jest on już znacznie mniej związany z wąską definicją pop-punka lat 90. Myślę, że wyrośliśmy z tej tożsamości – choć zresztą nigdy nie brzmieliśmy tak, jak tamte zespoły. Dziś brzmimy zupełnie inaczej; potrafimy eksperymentować i wyrażać siebie w sposób, w jaki wcześniej niekoniecznie potrafiliśmy. Poza tym, to prawdziwy dar i przywilej.
W listopadzie zawitacie do Warszawy na jeden koncert. Czy masz jakieś wspomnienia związane z Polską?
Spike: Tak. Owszem. Pierwszy raz byliśmy we Wrocławiu – to była nasza pierwsza wizyta w twoim kraju. Spotkaliśmy tam ludzi, którzy bardzo, ale to bardzo nalegali, żebyśmy wzięli metamfetaminę. Twierdzili, że jest świetna, ponoć właśnie z tego regionu. Oczywiście nie skorzystaliśmy. Nikt z nas tego nie wziął. Pamiętam jednak, że namawiali nas tak usilnie, jak nigdy wcześniej nigdzie indziej. Założyłem wtedy, że to raczej specyfika Wrocławia, a nie całej Polski. Potem po raz pierwszy pojechałem do Krakowa i okazało się, że wszystko, co o nim słyszałem, było prawdą. Piękna architektura, pyszne jedzenie, świetna atmosfera. Pogoda też dopisała. Chyba było to latem. Spędziłem tam wspaniały czas. Wygląda na to, że za każdym razem, gdy odwiedzamy Polskę, odkrywamy nowe miasto. To cudowna sprawa. Uwielbiam nowe doświadczenia w nowych miejscach.
Wspomniałeś incydent z Wrocławia. Czy jest jakaś inna, szalona historia z twojej kariery muzycznej?
Spike: Dorastałem w Pittsburghu w Pensylwanii. Mieszka tam wielu Polaków; wielu twoich rodaków, którzy wyemigrowali do Stanów, osiedliło się właśnie w Pittsburghu. Dziś już tam nie mieszkam. Obecnie mieszkam w San Francisco. Zespół The Gimmie Gimmies istniał wtedy, jeśli dobrze pamiętam, od około 10 lat. Z jakiegoś powodu drużyna baseballowa Pittsburgh Pirates zaprosiła nas do występu podczas pokazu fajerwerków. Pokaz był zorganizowany z rozmachem: fajerwerki odpalano z budynków w centrum miasta, z barek na rzekach oraz z samego boiska baseballowego. Wybór padł właśnie na nas, mimo że nie mieliśmy prób przez około rok. Graliśmy utwory, które oni sami wybrali – dokładnie to, czego sobie życzyli. Było to dla nas naprawdę dziwne doświadczenie. Ale mniejsza z tym – płacili nam za to. Mieliśmy zagrać podczas trzech wieczorów z pokazami fajerwerków. Już przy drugim utworze w jednym z sektorów stadionu zaczęło się buczenie. Zanim skończyliśmy, a mieliśmy w repertuarze osiem piosenek, buczało na nas już około 30 tysięcy ludzi. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłem. Fakt, że działo się to w moim rodzinnym mieście, sprawił, że sytuacja była jeszcze bardziej osobliwa i przygnębiająca. Następnego dnia trafiliśmy nawet na pierwszą stronę lokalnej gazety. Ostatecznie nasz menedżer musiał negocjować wypłatę za dwa wieczory zamiast za trzy, a nie tylko za jeden. Było to więc dość osobliwe doświadczenie, jeśli chodzi o występ na żywo.









