34 lata „Appetite for Destruction” Guns N’ Roses

Przesiąknięty narkotykami, seksem, momentami wulgarny. Debiut Guns N' Roses to w historii rocka kamień milowy. Album „Appetite for Destruction” ukazał się dokładnie 34 lata temu – 21 lipca 1987 r. Rocznica premiery płyty to znakomita okazja, by przypomnieć „Appetite”, pierwszy (najlepszy?) longplay nagrany przez Gunsów.

Choć „Appetite for Destruction” to najlepiej sprzedający się debiut w historii, początkowo trudno było spodziewać się po Gunsach takiego wystrzału. Wprawdzie chęć na destrukcję mieli od samego początku, ale chodziło raczej o autodestrukcję. Za dnia ciężko pracowali w studiu, nocą jednak szlajali się po Hollywood, pijąc, ćpając, wdając się w bójki i uprawiając przypadkowy seks z gwiazdami porno. Nie mieli żadnych zahamowań, a hasło „Sex, drugs & rock’n’roll” traktowali jak credo. Jeden z pracowników Geffen Records, wytwórni, która miała wydać „Appetite for Destruction”, wspomina, że nie było nad nimi żadnej kontroli. Co więcej, pracownicy firmy liczyli się z tym, że Axl i spółka za długo nie pociągną, dlatego chcieli nagrać ich możliwie jak najwcześniej.

Udało się: 21 lipca album „Appetite for Destruction” trafił do sklepów. Ci, którzy mieli Guns N’ Roses za glamrockowych przebierańców, świrujących ze skórami, bandanami i natapirowanymi włosami, po przesłuchaniu płyty musieli zrewidować swoje poglądy. Gunsi pokazali, że między nimi a kiczowatymi kapelami hołdującymi glamrockowej tandecie jest ogromna różnica. Przede wszystkim pod względem muzycznym. Takiej autentyczności, surowości i takiego polotu nie miała żadna inna kapela. Gunsi stworzyli hardrockowe arcydzieło, do poziomu którego inne zespoły nie były się w stanie nawet zbliżyć i wcale nie było to dzieło przypadku. Jakkolwiek na co dzień funkcjonowali jak kompletni degeneraci, przy sesjach nagraniowych ostro się za siebie wzięli.

Prace nad albumem grupa rozpoczęła na początku 1987 r. Poszło sprawnie, co w dużej mierze było zasługą Mike’a Clinka, producenta płyty. To on miał wytłumaczyć Gunsom, na czym polega profesjonalizm i umiejętnie motywować ich do pracy. A od tej przy nagrywaniu „Appetite for Destruction” żaden z nich nie próbował się wykpić. Najbardziej zasuwali Slash i Axl. Pierwszy popołudniami i wieczorami mozolnie dopieszczał każdy dźwięk, dosłownie zarzynając się w studiu. Starał się robić wszystko, by każdą solówkę na krążku zarejestrować dokładnie i z odpowiednio soczystym brzmieniem. Po nim wchodził Axl, który najczęściej do rana nagrywał swoje wokale. On również postawił na perfekcjonizm, przez co proces tworzenia płyty nieco się wydłużył. Było jednak warto.

Pierwszy kontakt z „Appetite for Destruction” nie pozostawia wątpliwości: to materiał więcej niż dobry, monumentalna praca całego zespołu zapisana na 13 ścieżkach. Jakkolwiek słychać, że nagrał to w pełni zaangażowany skład, album opiera się na dwóch wyróżniających się filarach. Te filary to Axl i Slash. Trudno wyrokować, czy Slash popisał się bardziej w „Nightrain”, w „Paradise City”, czy może w „Sweet Child O’ Mine” (na tę opcję postawiłoby zapewne najwięcej osób). Trzeba przy tym zaznaczyć, że na ostateczną wymowę albumu składają się także partie reszty. Wprawne ucho dostrzeże, jak doskonale współgra ze Slashem druga gitara obsługiwana przez Izzy’ego Stradlina, która jest czymś znacznie więcej niż tłem dla jego popisów. Również partie basu Duffa McKagana odgrywają tu niebagatelną rolę, nadając „Appetite for Destruction” charakterystycznego, punkowego zacięcia i agresji. Perkusja? Cóż, Steven Adler po prostu robi swoje, nie wybija się na tle reszty ani też szczególnie nie odstaje…

Długie miesiące po premierze „Appetite for Destruction” promujące krążek klipy do „Welcome To The Jungle” i „Sweet Child O’ Mine” hulały w MTV, przysparzając Guns N’ Roses niemałego rozgłosu. Dobra promocja w połączeniu z drapieżnym wizerunkiem uczyniła ich gwiazdami rocka na miarę największych tuz gatunku, takich jak Led Zeppelin czy Deep Purple. Dziś w MTV królują zupełnie inne klimaty, ale wcale nie oznacza to, że album „Appetite for Destruction” przeszedł do lamusa. Wręcz przeciwnie – materiał z płyty wytrzymał próbę czasu, po latach wciąż brzmi świetnie i jakoś szczególnie się nie zestarzał. Odkurzając go, na pewno nie poczujecie obciachu. Poczujecie za to czysty rock’n’roll i jeden z najbardziej wyrazistych klimatów w historii rocka.

Dodaj komentarz

ROCKMETALNEWS TV