Autor: Sławomir Rapior; 10 marca 2020 r.

Slipknot. Muzyka, pasja, gniew

Ten obwoźny cyrk zapełnia dziś wielotysięczne areny po sufit. Swego czasu przeszedł przez piekło, a jego ścieżką kroczyły śmierć i paranoja. Ale o sile człowieka nie świadczą jego upadki, a to, jak się z nich podnosi. Niektórzy bohaterowie nie noszą peleryn – noszą maski, a ich muzyka chwyta za serce i wyrywa je z klaty, nie pytając o pozwolenie.

Slider

Ten obwoźny cyrk zapełnia dziś wielotysięczne areny po sufit. Swego czasu przeszedł przez piekło, a jego ścieżką kroczyły śmierć i paranoja. Ale o sile człowieka nie świadczą jego upadki, a to, jak się z nich podnosi. Niektórzy bohaterowie nie noszą peleryn – noszą maski, a ich muzyka chwyta za serce i wyrywa je z klaty, nie pytając o pozwolenie.

Prawdę mówiąc, boję się wariatów… Świrów w podziurawionych maskach, przypominających skórzane piłki. Z zardzewiałymi zamkami, kolcami, nosami i świńskimi ryjami. I tych potwornych klaunów niczym z cyrku z piekła rodem. O tak, uwielbiam się bać, a brutalny cyrk pod nazwą Slipknot odwiedzam regularnie.

Choć ogień po ich ostatniej wizycie w Polsce jeszcze trawi scenę łódzkiej Atlas Areny, Slipknot wróci do Polski latem 2020. Metalowcy z Iowa odwiedzają nas ostatnio częściej niż wyrodne dzieciaki wizytują rodziców na niedzielnych obiadkach. Uczta w Gdańsku szykuje się do syta, Slipknot to koncertowa maszynka do mielenia mięsa. Jeśli masz już swój bilet do Golden Circle, to spróbuj utrzymać się mitycznej barierki przez trzy pierwsze numery. Podobno niewykonalne, ale nie wiem na pewno – nie wpuszczają mnie do uprzywilejowanych stref.

„Byle starczyło do pierwszego”

Ta szalona podróż zaczęła się 25 lat temu. Plan był prosty: nagrać album i ruszyć w trasę z siłą walca miażdżącego wszystko, co pojawi się na drodze. „Byle starczyło na przeżycie do pierwszego” – kalkulował Shawn „Clown” Crahan, który jako jedyny miał wówczas rodzinę na utrzymaniu. Wraz z pierwszym wokalistą Andersem Colsefinim powołał do życia twór, który przeniósł potem brutalny metal alternatywny do mainstreamowego światka.

Wszystko dzieje się w spokojnym Des Moines usytuowanym w rolniczym stanie Iowa, skąd pochodzą muzycy. Niedługo później do grupy dołącza basista Paul Grey i znakomity Joey Jordison. Jego gra na perkusji przypomina salwę z ciężkiego karabinu maszynowego. Na stacji benzynowej, gdzie pracuje Jordison, chłopaki spotykają się co noc, myśląc jak zatrząść miastem w posadach i wyrwać się z nudnej rzeczywistości bez cienia perspektyw.

W tym czasie na rynek trafia osobliwe dzieło, dziki i brutalny krążek zatytułowany MFKR, z pierwszymi nieociosanymi kawałkami grupy, jak „Killers are Quiet” (późniejsza „Iowa”) czy numer pod tytułem „Slipknot”, którego riff posłuży za temat przewodni w kawałku „(sic)” na nadchodzącym pełnoprawnym debiucie w 1999 r.

W międzyczasie dochodzi do kilku kluczowych zmian personalnych. Colsefiniego na wokalu zastępuje lepiej śpiewający Corey Taylor. Muzyk działa równolegle w grupie Stone Sour. Rozszerzeniu ulega instrumentarium: do gitar i beczek, w które tłuką Chris Fehn i Clown, dołączają samplery i gramofony. Stają za nimi Sid Wilson i Craig Jones. U progu milenium Slipknot rusza z kopyta z debiutem zatytułowanym po prostu „Slipknot”.

Do dziś pamiętam kiedy pierwszy raz zobaczyłem klip do „Wait and Bleed”. Leciał na MTV2. To były zdjęcia z koncertu odbywającego za dnia. Rozszalały tłum polewany armatkami wodnymi i dziewięciu zamaskowanych kolesi na scenie z numerami i kodami kreskowymi na roboczych kombinezonach. Byłem pewien, że są wynikiem jakiegoś pokręconego eksperymentu, że zostali dowiezieni tam w osobnych klatkach i zaraz po koncercie wrócą w nich na dalsze leczenie.

Album „Slipknot” dziewiątki z Iowa był chory i brutalny jak żaden inny.

„I’ve felt the hate rise up in me”

To wywracało wnętrzności. Nie wiedziałem czy to, co słyszę, to muzyka, czy jakaś nieuleczalna choroba. Ale zaraziłem się nią od razu.

Slipknot przynosił odpowiedź na pytanie o alternatywę dla metalu, brutalną alternatywę, pełną agresji i niepokoju. To nie było uczesane granie, tylko młócka na granicy jakiegoś błędu, ale jednocześnie niesiona czystym wokalem o ogromnych możliwościach. Corey Taylor potrafi wzruszyć, by potem ululać do najgorszego koszmaru. Czysty obłęd.

Kto wydał takie szaleństwo, gdzie jest: zwrotka-refren-zwrotka-refren i solówka, bez której numer przecież nie może się udać… Na pewno nie ma ich w kawałku „Scisorss” czy w „Iowa” z kolejnego świetnego albumu o tym samym tytule. Zamiast tego były syntezatory, winyle, beczki, kije bejsbolowe oraz ciężko osadzone agresywne riffy Jamesa Roota i Micka Thomsona. Tak przy okazji – czy ten drugi nie kojarzy wam się z Jasonem z „Piątku 13”? Gość jest jak góra, monstrum wbite w ziemie i zupełnie nie do ruszenia. Ponoć raz na girllu pokłócił się z bratem, dostał nożem w głowę i przeżył… Ten gość mnie przeraża.

W tym czasie Slipknot to granat wrzucony do blendera. Neurotyczny hałas pełen zmian tempa, pisków i zgrzytów niesiony wokalem Coreya Taylora, którego skala głosu rozkłada na łopatki.

W 2001 na światło dzienne wychodzi album „Iowa”. To znaczy, że chłopaki postanowili skoczyć nieznane i zostać na scenie nieco dłużej niż planowali. Tym bardziej, że większy repertuar to większy wybór piosenek przy tworzeniu setlist. Pamiętajmy, że przez dwa poprzednie lata tłukli w kółko 15 numerów na niezliczonej ilości scen.

– Nagraliśmy świetny pierwszy album i na poważnie zastanawialiśmy się co dalej. To był czas, gdy żyliśmy w trasie – wspomina Corey Taylor. – Byliśmy typowym zespołem ze stajni wytwórni Roadrunner. Chcieliśmy grać koncerty, nagrywać kawałki i móc się z tego utrzymać. Pamiętam moment, jak rozmawialiśmy o tym, żeby zamknąć to wszystko w cholerę. To było dosłownie na chwilę przed naszym wielkim momentem. Żartowaliśmy, że jesteśmy jak Sex Pistols. Nagraliśmy potężny album, a teraz walić to, czas spadać. Nie wiedzieliśmy, czy uda nam się go czymś przebić. Nie mieliśmy żadnego planu i pojęcia, że nasza droga dopiero się zaczyna. Mieliśmy wrażenie, że zawodzimy wszystkich, nagrywając „Iowa” – śmieje się frontman Slipknot.

To było dosłownie na chwilę przed naszym wielkim momentem. Żartowaliśmy, że jesteśmy jak Sex Pistols. Nagraliśmy potężny album, a teraz walić to, czas spadać.

Corey Taylor, wokalista Slipknot

W tym czasie sięgali szczytów, „Iowa” i wydany trzy lata później krążek Vol. 3: (The Subliminal Verses) pokryły się platyną w Stanach Zjednoczonych. Koncertów jest coraz więcej, muzycy podpalają się na scenie, skaczą z paczek nagłośnieniowych w rozszalały tłum, biją się na scenie i oblewają instrumenty moczem. Ich życie przypomina jedną wielką imprezę, klasyczny rollercoster, który lada moment się wykolei. Do tego nieprzebrany arsenał alkoholu, używek i lasek w garderobach.

– To było coraz bardziej niebezpieczne – wspominał po latach Joey Jordison, ex-perkusista Slipknot. – Na „Iowa” trafiły jedne z naszych najważniejszych kawałków, ale w czasie, gdy je nagrywaliśmy, byliśmy na wiecznym haju i ciągle sprani wódą.

Doprowadziło to do izolacji, chłopaki unikali się, byli zmęczeni tym życiem, nie chcieli ze sobą jamować ani nawet rozmawiać.

Gitarzysta Mick Thompson wspominał potem, że w tym okresie całymi dniami spał i grał na xboksie, Paul Gray wciągał ścieżki na każdej próbie, jeśli tylko to niej doszło, a Corey Taylor zalewał się w barach do nieprzytomności. To była równia pochyła, droga na dno dla gości, których kariera muzyczna sięgała już szczytów.

W pewnym momencie Corey targnął się na własne życie, próbując wyskoczyć z okna. To był moment, w którym muzyk musiał przewartościować swoje życie. Dalej mogło być już tylko gorzej. Następnego dnia podjął decyzję, która uratowała mu życie – odstawił procenty na kilka następnych lat.

– Byliśmy w studiu od trzech miesięcy, a ja nie nagrałem ani jednego wokalu, z którego byłbym zadowolony – opowiada Taylor. – Byłem wściekły do tego stopnia, że chciałem odejść z zespołu. Kupiłem bilet na samolot i zadzwoniłem do Shawna. Uspokoił mnie, powiedział, że popracujemy nad brzmieniem, był zawsze dla mnie jak ojciec, chociaż dzielą nas ledwie 4 lata różnicy. Słuchanie dziś „Vol 3” jest dla mnie trudniejsze nawet niż słuchanie „Iowa”. Dużo wówczas przeszedłem. Musiałem się od tego oderwać i odnaleźć na nowo.

Prawdziwe piekło

To było prawdziwe piekło. Rozwód, a także brak kasy roztrwonionej na używki i zagarniętej przez lepkie łapska nieuczciwych majorsów. Ale „The Neck” nie poddaje się. Podczas koncertowania z drugim swoim zespołem Stone Sour pisze piosenki na album „All Hope Is Gone”, który trafia na sklepowe półki w 2008 r.

– Znów poczułem głód. Od lat nie czułem się w ten sposób – mówił Talor.

Z krążka pochodzą numery takie jak „Sulfur”, „Psychosocial”, a także nostalgiczny „Till We Die”, który staje się potem nieformalnym hymnem żałobnym granym na koncertach po śmierci basisty Paula Greya.

Muzyk zmarł z przedawkowania leków. Znaleziono go w pokoju hotelowym 24 maja 2010 r. Leżał twarzą do ziemi. Nie ruszał się.

– Miałem zaszczyt tworzyć muzykę z Paulem Grayem przez 13 lat – wspomina na łamach „Kerranga” Taylor. – Nauczyłem się wiele od tego człowieka. Wciąż korzystam z jego ideologii i metod. Zjechałem z nim świat. Zbudowaliśmy karierę na pasji, muzyce, sztuce i gniewie. Mieliśmy swoje wzloty i upadki, ale kocham każdą tego minutę.

Trzy lata później, w 2013 r., zespół żegna się z nieodżałowanym Joey Jordisonem. Powodem ma być zły stan zdrowia muzyka. Wynikają z tego liczne kontrowersje. Fani zastanawiają się, czy Jordison został wyrzucony, czy sam odszedł. Muzycy przedstawiają różne wersje.

„.5: The Gray Chapter”

W tej ciemnej aurze osobistej tragedii i licznych niedomówień pojawia się dwóch nowych muzyków i całkiem nowy album, którego tytuł jest bezpośrednim hołdem dla zmarłego basisty.

„.5: The Gray Chapter” otwiera posępne intro „XIX”, a kolejne numery wywołują ciarki na całym ciele. Ta płyta budzi różne emocje. Wielokrotnie została zjechana od góry do dołu. Trafiło na nią kilka znakomitych numerów, by wymienić tylko najszybszy kawałek świata – „AOV”, pożegnalny „Goodbye”, rasowy kąsek pt „The Negative One” czy zamykający płytę świetny, schizofreniczny „If Rain Is What You Want”.

Z biegiem lat ten nieobliczalny festiwal dziwactw przeradza się w sprawnie działającą firmę. Instytucję z podziałem na zarząd i pracowników. Dowiedzieliśmy się o tym, gdy po sprzeczce o pieniądze Clown i Taylor usunęli z szeregów Chrisa Fehna. Charakterystycznego gościa w masce z nosem, który walił w garnki prawie od samego początku. Jego również zastąpiła nowa twarz/maska.

„We Are Not Your Kind”

Ich najnowszy album to zeszłoroczny „We Are Not Your Kind”, płyta na miarę tu i teraz. Świetnie wyprodukowana, słychać na niej każdy szmer, każdy dźwięk. To pokazuje, jaką drogę przeszli przez te lata muzycy Slipknot. Neurotyczny hałas z pierwszej płyty to teraz album pełen wysublimowanych dźwięków. Ta płyta jest równie mocna, co poprzednie i podobnie jak na pozostałych krążkach nie brakuje na niej eksperymentów. Dla Taylora to także próba rozliczenia się z depresją, na którą cierpiał wiele lat.

– Podróż, w która zamierzam zabrać ludzi na tym albumie, to pokazanie im, co dzieje się z depresją, kiedy nie masz leków, na których możesz polegać. To bardzo mroczna podróż. To będzie zło. Nie oszukujmy się: to będzie coś nieprzyzwoitego – zapowiadał wokalista kilka miesięcy przed tym, jak ostatecznie okazało się, że to prawda.

Slipknot to nadal niezniszczalna maszyna koncertowa, która co kilka lat wypuszcza nowy brutalny krążek, zmienia kostiumy i trafia do kolejnej generacji fanów na całym świecie. Sześć albumów na koncie, z czego cztery pokryte platyną. Grammy w kategorii Best Metal Performance za utwór pt. „Before I Forget”. Do tego nagroda Kerrang! Icon.

Nie podpalamy się już tak często na scenie, chociaż Sid szuka okazji, by to zrobić. Nie skaczemy też w publiczność z kilkumetrowej krawędzi sceny. Ale niesamowite jest to, że po tych wszystkich latach potrafimy ewoluować i że nadal mamy tę dziką energię, którą dajemy fanom, a którą oni oddają nam na koncertach.

Corey Taylor

– Nie podpalamy się już tak często na scenie, chociaż Sid szuka okazji, by to zrobić. Nie skaczemy też w publiczność z kilkumetrowej krawędzi sceny – wylicza Taylor, patrząc w przeszłość. – Ale niesamowite jest to, że po tych wszystkich latach potrafimy ewoluować i że nadal mamy tę dziką energię, którą dajemy fanom, a którą oni oddają nam na koncertach.

W sierpniu widzimy się pod sceną. Jako pierwszy numer zamawiam „Solway Firth”.

Do zobaczenia w Gdańsku, larwy.

ROCKMETALNEWS TV