„Black Album” – przypominamy kultowy album Metalliki

Metallica nie skończyła się na „Kill Em’ All”. Nie skończyła się też na „Master of Puppets”. Wydany 12 sierpnia 1991 r. „Black Album” zadaje kłam prześmiewczym teoriom ortodoksów. Potężne, dostojne, momentami ociężałe brzmienie „Czarnego albumu” to klasyka gatunku. Po 27 latach od dnia premiery odkurzamy jeden z najważniejszych albumów Metalliki.

O Metallice pisać nie jest łatwo, a już na pewno nie jest łatwo pisać o „Czarnym albumie”. Oficjalnie wydany 12 sierpnia 1991 r. (dzień przed drugim w historii koncertem zespołu w Polsce, który odbył się w Chorzowie), „Black Album” to punkt zwrotny w karierze czterech jeźdźców. Krążek, którego właściwy tytuł to po prostu „Metallica”, stanowi pierwsze wydawnictwo grupy, na którym jej członkowie odeszli od typowo thrashowego grania. Według wielu fanów Metalliki jedynego słusznego stylu, w jakim zespół mógł się poruszać.

Opinie dotyczące „Czarnego albumu” od początku były podzielone. Emocje związane z premierą płyty były ogromne. Dość powiedzieć, że obok „Use Your Illusion” Guns N’ Roses był to jeden z najbardziej oczekiwanych w świecie mocnych brzmień albumów początku lat 90. Jakby tego było mało, premierę krążka kilkakrotnie przesuwano, co wiązało się z wyjątkowo trudną dla zespołu współpracą z odpowiedzialnym za produkcję płyty Bobem Rockiem.

Gdy „Black Album” ujrzał światło dzienne, wielu fanów posądziło Metallikę o zdradę ideałów. Metallica nie zamierzała kłaniać się oczekiwaniom ortodoksów. „Czarny album” to zupełnie inna historia niż agresywnie i pośpiesznie zagrane płyty pokroju „Kill ‚Em All” czy „Ride The Lightning”. Najbardziej znane utwory z „Czarnego albumu” to jak na ironię względnie spokojne ballady: „Unforgiven” i „Nothing Else Matters”. Oba utwory błyskawicznie stały się przebojami, nie tylko wśród metalowej publiczności. Z jednej strony przysporzyły zespołowi nowych fanów, z drugiej zaś zraziły do niego dużą część dawnej publiczności.

Brzmienie „Czarnego albumu” nie jest jednak ani nazbyt komercyjne, ani tym bardziej lekkie. Jest dopracowane do granic możliwości, rasowe i ponadczasowe. Członkowie zespołu zgodnie przyznają, że brzmienie płyty po latach nadal się broni. Inni ludzie z branży są podobnego zdania. Marty Friedman, były gitarzysta Megadeth, podpytany przez jednego z dziennikarzy o „Black Album”, odparł, że dla niego jest to najważniejszy krążek w muzyce metalowej.

„Jej brzmienie mogło zostać już dawno zapomniane, ale ten krążek sprawił, że metal znalazł swoje miejsce w mainstreaamie” – stwierdził Friedman.
Słowa gitarzysty Megadeth potwierdza numer otwierający „Black Album”. „Enter Sandman” – bo o nim mowa – to jeden z najbardziej przebojowych utworów w dorobku Metalliki, który mimo chwytliwego refrenu brzmi ciężko i potężnie.

Ciężaru nie brakuje również kolejnym kompozycjom na „Czarnym albumie”: „Sad But True” i „Holier Than Thou”. Uspokojenie przynosi „The Unforgiven”, ballada, którą na przestrzeni lat Metallica zaserwowała fanom w trzech odsłonach. Pierwsza, przez wielu uważana za najlepszą znalazła się na „Czarnym albumie”, dwie kolejne – na płytach „ReLoad” (1997) i „Deth Magnetic” (2008).

Moment uspokojenia nie trwa długo, bo zaraz po „The Unforgiven” przychodzi kolej na trzy mocne uderzenia w postaci „Wherever I May Roam”, „Don’t Tread On Me” i „Through The Never”. Pierwszy z wymienionych tu numerów, który rozpoczyna się od motywu zagranego na elektrycznym sitarze (sic!), niewątpliwie cieszy się największa popularnością z całej trójki, ale i tak jest to znikoma popularność, jeśli porównać ją do popularności ósmego tracku na „Czarnym Albumie”. Chodzi bowiem o absolutny przebój Metalliki, prawdopodobnie jej najbardziej znany utwór, paradoksalnie nie będący szczególnie wiernym wyznacznikiem stylu grupy.

Chyba każdy początkujący gitarzysta prędzej czy później bierze na warsztat „Nothing Else Matters”. Utwór to nie tylko wrażliwsze oblicze Metalliki, ale przede wszystkim jedna z najsłynniejszych ballad heavymetalowych. Opowiadający o trudach rozstania z ukochanymi utwór to od lat stały punkt koncertów zespołu, do dziś cieszący się olbrzymią popularnością. Przez lata doczekał się wielu wersji, z których najpopularniejsza to ta z 1999 r. zawarta na płycie S&M, zarejestrowanej podczas koncertu grupy z orkiestrą symfoniczną. Wersji „Nothing Else Matters” jest oczywiście więcej, w szczególności tych nieoficjalnych. Wpiszcie nazwę utworu w YouTube, a sami się przekonacie – wykonawców biorących się za ten hit jest tam cały legion i trudno mówić tu o przypadku.

Słuchając czterech ostatnich numerów, które zmieściły się na „Czarnym albumie”, można odnieść wrażenie, że Metallica próbuje zrekompensować co bardziej zagorzałym fanom ciężkich brzmień chwilę nostalgii z „Nothing Else Matters”. Dalej jest już tylko mocno, ciężko i mrocznie, szczególnie w „The God That Failed”. Ostra jazda do końca, bez zapychaczy, bez przestojów. Tak też Metallica żegna się ze słuchaczem w „The Struggle Within”.

O „Black Album” można powiedzieć sporo, ale mierząc ten krążek skalą całego dorobku Metalliki, jest to wydawnictwo więcej niż dobre. W porównaniu do płyty „Load”, którą zespół wydał pięć lat później, jest to kawał solidnego, metalowego grania. W porównaniu do późniejszego albumu „Lulu” ze śp. Lou Reedem można mówić o arcydziele. Czy „Black Album” ustępuje „Master of Puppets”. Jeśli tak to nieznacznie. Gdyby natomiast postawić go obok „Kill ‚Em All” czy „Ride The Lightning”, trudno byłoby mówić o kompromitacji, jakkolwiek brzmieniowo jest to nieco inny kaliber. Z perspektywy 27 lat „Black Album” to klasyka gatunku i dowód wielkości Metalliki. Bo ta latami szła po swoje i na pewno nie skończyła się na „Kill ‚Em All”.

„Black Album” na CD i winyl, a także pełen merch Metalliki, znajdziecie w RockMetalShop.pl via [link]

Komentarze

Dodaj komentarz