40 lat temu Pink Floyd wydali „Animals”. Przypominamy legendarny album grupy

Wysmakowany, niesiony przestrzennymi solówkami, ale i tekstami składającymi się na duszne, przygnębiające uniwersum – „Animals” to odpowiedź Pink Floyd na punkową rewolucję, która w późnych latach 70. była u progu eksplozji. Ale bynajmniej nie jest to album punkowy. To klasyka floydowskiego, progresywnego rocka. Od jego premiery mija 40 lat. Przypominamy legendarny krążek Pink Floyd!

Wydany pomiędzy albumami „The Dark Side of The Moon” (1973), „Wish You Were Here” (1975) a „The Wall” (1979), „Animals” odniósł najmniejszy sukces sprzedażowy z wymienionych wydawnictw. Nie oznacza to jednak, że był chwilowym spadkiem formy zespołu. Wręcz przeciwnie – pod względem artystycznym „Animals” to jedno z jego najwybitniejszych dokonań.

To materiał znacznie mroczniejszy od „The Dark Side of The Moon”, a już na pewno od łagodnego, stosunkowo lekkiego „Wish You Were Here”. W formie, ale i w treści, która w przypadku „Animals” jest aspektem kluczowym. Oto bowiem w ciągu nieco ponad 40 minut – bo tyle trwa cały album – Roger Waters, autor słów do wszystkich utworów na „Animals”, dokonuje zimnej diagnozy zachodniego społeczeństwa, niedelikatnie obchodząc się z psami, świniami i owcami – czyli tytułowymi zwierzętami.

O co chodzi z tymi zwierzętami? Psy, świnie i owce to trzy kategorie, na które Waters podzielił ludzkość. Każdej z kategorii poświęcony jest jeden utwór, zdradzający jej główne cechy. Innymi słowy – poszczególne zwierzęta odpowiadają poszczególnym rodzajom ludzi.

Do słowno-muzycznego opisu pierwszego z nich zespół przystępuje po trwającym nieco ponad minutę wstępie w postaci otwierającego album utworu „Pigs on the Wing”, będącego miłosnym wyznaniem Watersa skierowanym do jego drugiej żony Carolyn Christie. Następujący po nim utwór „Dogs” to opowieść o ludziach chcących bogacić się za wszelką cenę, dwulicowych, bezwzględnych, zdolnych do najpodlejszych zachowań względem owiec, którym z kolei poświęcony jest utwór „Sheep”. Wierzchołkiem trójkąta są „Świnie”, czyli ludzie znajdujący się u władzy, politycy i urzędnicy państwowi.

Jakkolwiek w kontekście „Animals” często przywołuje się „Folwark zwierzęcy” Orwella, sam Waters zaprzeczał, by pisząc teksty na „Animals”, inspirował się powieścią angielskiego pisarza. Mówił za to o inspiracjach bajkami Ezopa. W przeciwieństwie do greckiego bajkopisarza, muzyk nie nadał im jednak charakteru ani moralizatorskiego, ani tym bardziej prześmiewczego. Atmosfera na „Animals” jest duszna i beznadziejna – zupełnie jak dym uchodzący z kominów Elektrowni Battersee w Londynie, która znalazła się na okładce płyty i która świetnie oddaje patologie związane z (post)industrialnym społeczeństwem (to oczywiście dość daleko idąca interpretacja; cztery kominy elektrowni miały przede wszystkim odnosić się do czterech członków zespołu).

Muzycznie „Animals” to krążek stosunkowo oszczędny, ale bynajmniej nie prosty. Utwory „Dogs”, „Pigs” i „Sheep” to przeszło 10 minutowe, rozbudowane suity. Na ich tle najbardziej wyróżnia się pomysłowy, odważny David Gilmour. Jego solówki na tym albumie to majstersztyk, szczególnie w „Dogs”. Ale to właśnie tło pełni tu najważniejszą funkcję, buduje nastrój, osadza całość w ponurym, złowrogim klimacie. W tym kontekście kluczowym elementem „Animals” są wszelkie efekty generowane przez Richarda Wrighta, wszystkie zabiegi dokonane na etapie produkcji, słowem: wszystko to, co służy zobrazowaniu konceptu, wizji.

Wizja to w przypadku „Animals” słowo-klucz. Obrazowy, osadzony na konkretnym pomyśle i podporządkowany mu muzycznie – album „Animals” to z perspektywy czasu jedno z najciekawszych i najbardziej aktualnych dzieł Pink Floyd. Klasyka wciąż żywa.

Merch Pink Floyd – również ten związany z płytą „Animals” – znajdziecie na RockMetalShop.pl via [link]

Komentarze

Dodaj komentarz