30 lat „Appetite for Destruction”. Przypominamy kultowy album Guns N’ Roses

Przesiąknięty dragami, seksem, momentami wulgarny, a przy tym obłędnie doskonały. Debiut Guns N’ Roses to w historii rocka kamień milowy. Album „Appetite for Destruction” ukazał się dokładnie 30 lat temu – 21 lipca 1987 r. Rocznica jego premiery to znakomita okazja, by przypomnieć „Appetite”, pierwszy (najlepszy?) longplay nagrany przez Gunsów.

Choć „Appetite for Destruction” to najlepiej sprzedający się debiut w historii, początkowo trudno było spodziewać się po Gunsach takiego wystrzału. Wprawdzie chęć na destrukcję mieli od samego początku, ale chodziło raczej o autodestrukcję. Za dnia ciężko pracowali w studiu, nocą jednak szlajali się po Hollywood, pijąc, ćpając, wdając się w bójki i uprawiając przypadkowy seks z gwiazdami porno. Nie mieli żadnych zahamowań, a hasło „Sex, drugs & rock’n’roll” traktowali jak credo. Jeden z pracowników Geffen Records, wytwórni, która miała wydać „Appetite for Destruction”, wspomina, że nie było nad nimi żadnej kontroli. Co więcej, pracownicy firmy liczyli się z tym, że Axl i spółka za długo nie pociągną, dlatego chcieli nagrać ich możliwie jak najszybciej.

Udało się: 21 lipca album „Appetite for Destruction” trafił do sklepów. Ci, którzy mieli Guns N’ Roses za glamrockowych przebierańców, świrujących ze skórami, bandanami i natapirowanymi włosami, po przesłuchaniu płyty musieli zrewidować swoje poglądy. Gunsi pokazali, że między nimi a kiczowatymi kapelami hołdującymi glamrockowej tandecie jest ogromna różnica. Przede wszystkim pod względem muzycznym. Takiej autentyczności, surowości i takiego polotu nie miała żadna inna kapela. Gunsi stworzyli hardrockowe arcydzieło, do poziomu którego inne zespoły nie były się w stanie nawet zbliżyć i wcale nie było to dzieło przypadku. Jakkolwiek na co dzień funkcjonowali jak kompletni degeneraci, przy sesjach nagraniowych ostro się za siebie wzięli.

Prace nad albumem grupa rozpoczęła na początku 1987 r. Poszło sprawnie, co w dużej mierze było zasługą Mike’a Clinka, producenta płyty. To on miał wytłumaczyć Gunsom, na czym polega profesjonalizm i umiejętnie motywować ich do pracy. A od tej przy nagrywaniu „Appetite for Destruction” żaden z nich nie próbował się wykpić. Najbardziej zasuwali Slash i Axl. Pierwszy popołudniami i wieczorami mozolnie dopieszczał każdy dźwięk, dosłownie zarzynając się w studiu. Starał się robić wszystko, by każdą solówkę na krążku zarejestrować dokładnie i z odpowiednio soczystym brzmieniem. Po nim wchodził Axl, który najczęściej do rana nagrywał swoje wokale. On również postawił na perfekcjonizm, przez co proces tworzenia płyty nieco się wydłużył. Było jednak warto.

Fajnie wyglądali, przeklinali, walczyli i mówiąc delikatnie, dawali czadu.

Bruno MacDonald, krytyk muzyczny

Pierwszy kontakt z „Appetite for Destruction” nie pozostawia wątpliwości: to materiał więcej niż dobry, monumentalna praca całego zespołu zapisana na 13 ścieżkach. Jakkolwiek słychać, że nagrał to w pełni zaangażowany skład, album opiera się na dwóch wyróżniających się filarach. Te filary to Axl i Slash, a dokładniej: wściekle krzykliwa barwa głosu tego pierwszego i zwalające z nóg solówki drugiego. Nie ma wyjątków: każdy numer ma swoje apogeum w postaci zajebistego sola na gitarze i w zasadzie trudno orzec, gdzie Slash popisał się najbardziej: czy w „Nightrain”, czy w „Paradise City”, czy może w „Sweet Child O’ Mine” (ja i pewnie większość z was postawiłaby na solówkę z tego ostatniego kawałka). Trzeba przy tym zaznaczyć, że na ostateczną wymowę albumu składają się także partie reszty. Wprawne ucho dostrzeże, jak doskonale współgra ze Slashem druga gitara obsługiwana przez Izzy’ego Stradlina, która jest czymś znacznie więcej niż tłem dla jego popisów. Również partie basu Duffa McKagana odgrywają tu niebagatelną rolę, nadając „Appetite for Destruction” charakterystycznego, punkowego zacięcia i agresji. Perkusja? Cóż, Steven Adler po prostu robi swoje, nie wybija się na tle reszty ani też szczególnie nie odstaje – ot, nadaje wszystkiemu dodatkowej energii.

W zasadzie każdemu numerowi z „Appetite for Destruction” należałby się tu osobny akapit (a pewnie nawet i kilka akapitów). Wszystko dlatego, że na tym albumie nie ma ani jednego zapychacza, ani jednego utworu, który odstawałby od reszty. Internet rządzi się jednak swoimi prawami (czyt. nie może być za długo), skupię się więc na ciekawostkach dotyczących kilku wybranych kawałków.

Otwierający album „Welcome To The Jungle” to numer klasyczny, ale też bezpardonowe przywitanie ze słuchaczem. W tym kawałku jest w zasadzie wszystko: błyskotliwy riff, solówki, przeszywający do szpiku wokal, a oprócz tego odgłosy kobiecego podniecenia i klimat miejskiej dżungli, przed którą Axl próbuje przestrzec słuchacza. Przestrzec czy zachęcić, by dać się jej ponieść? To już kwestia interpretacji, ale jedno nie ulega wątpliwości: trudno wyobrazić sobie lepsze otwarcie płyty. Amerykańska stacja VH1 okrzyknęła „Welcome To The Jungle” najlepszą piosenką hardrockową wszech czasów. Taki to sztos.

To, jakimi huliganami Gunsi byli w okresie „Appetite for Destruction”, najdobitniej obrazują dwa numery: czwarty na rozkładówce płyty „Out Ta Get Me” i następujący po nim „Mr. Brownstone”. Pierwszy to nieco dziecinna, ale nieźle naładowana opowieść o młodzieńczych problemach z prawem Axla, na których brak frontman Guns N’ Roses za młodu nie mógł narzekać. „Mr. Brownstone” to już jazda po bandzie, hołd złożony heroinie, z którą Gunsi w okresie „Appetite for Destruction” byli za pan brat ( Mr. Brownstone to slangowe określenie heroiny). Oba utwory to hardrockowe szaleństwo, ale zaraz po nich następuje zmiana klimatu.

„Paradise City” przynosi chwilowe uspokojenie. W początkowej fazie brzmi sielankowo. Axl śpiewa o powrocie do domu, gdzie trawa jest zielona, a dziewczyny piękne. Po chwili jednak Slash odpala miażdżący, brudny riff i wszystko wraca do normy. Pojawia się półświatek, a następnie cela, z której podmiot liryczny w refrenie znów tęskni do „Paradise City”. Końcówka to już popłoch i muzyczna galopada z szalejącym Axlem i wycinającym niezłe solo Slashem.

W kategorii solówek na „Appetite for Destruction” wygrywa „Sweet Child O’ Mine”. Partia Slasha z tej piosenki nie na darmo okupuje czołowe miejsca większości zestawień najlepszych solówek gitarowych wszech czasów. Ale ten numer to nie tylko solo. To także kultowy wstęp, którego melodię Slash podobno zasłyszał w cyrku oraz wyróżniający się nostalgią na tle innych utworów z płyty tekst.

„Appetite for Destruction” był jedynym doskonałym albumem, który udało się stworzyć Guns N’ Roses. (…) To system egzystujący we własnych cieplarnianych warunkach, wizjonerskie przewartościowanie tego, czym powinien być amerykański zespół rockowy. To prezentacja zespołu, który działał według własnych reguł i nie znalazł dla siebie konkurencji, przynajmniej do czasu, kiedy trzy lata później do gry nie wszedł Kurt Cobain i Nirvana.

Stephen Davis, „Patrząc jak krwawisz. Saga Guns N’ Roses”

Nostalgii nie było przy nagrywaniu kończącego album „Rocket Queen”, najdłuższego, a według wielu również najlepszego kawałka na „Appetite for Destruction”. Jego struktura to dwie części, przy czym pierwsza, w wyzywający sposób opisująca oparte na seksie relacje damsko-męskie, gładko przechodzi w drugą, zupełnie odmienną – odsłaniającą wrażliwość podmiotu lirycznego i kończącą się jego miłosną deklaracją. Pomiędzy obiema częściami jest najprawdziwszy ogień: prawdziwe odgłosy seksu uprawianego przez Axla w studiu. Legenda głosi, że perfekcjonizm frontmana Guns N’ Roses kazał mu posunąć 3 dziewczyny, zanim osiągnął zamierzony efekt. Jedną z nich miała być poprzednia dziewczyna Stevena Adlera, chcąca odegrać się na nim za zdradę. Najwyraźniej zrobiła to skutecznie. Adler podobno strasznie w*****ł się na Axla, gdy o wszystkim się dowiedział. Ale taka już cena rock’n’rolla.

Długie miesiące po premierze „Appetite for Destruction” promujące krążek klipy do „Welcome To The Jungle” i „Sweet Child O’ Mine” hulały w MTV, przysparzając Guns N’ Roses niemałego rozgłosu. Dobra promocja w połączeniu z drapieżnym wizerunkiem uczyniła ich gwiazdami rocka na miarę największych tuz gatunku, takich jak Led Zeppelin czy Deep Purple. Dziś w MTV królują zupełnie inne klimaty, ale wcale nie oznacza to, że album „Appetite for Destruction” przeszedł do lamusa. Wręcz przeciwnie – materiał z płyty wytrzymał próbę czasu, po latach wciąż brzmi świetnie i jakoś szczególnie się nie zestarzał. Odkurzając go, na pewno nie poczujecie obciachu. Poczujecie za to czysty rock’n’roll i jeden z najbardziej wyrazistych klimatów w historii rocka.

Merch tematyczny Guns N’ Roses „Appetite for Destruction” (koszulki, kubki i inne gadżety), a także świezo wydaną biografię Gunsów autorstwa Micka Walla znajdziecie na RockMetalShop.pl via [link]

Komentarze

Dodaj komentarz